poniedziałek, 27 stycznia 2014

Styczeń-foto

http://www.herzlichwillkommen.pl/
http://ww2.dreamnation.eu/
http://www.berlinischegalerie.de/ausstellungen-berlin/aktuell/painting-forever/

http://www.berlinischegalerie.de/ausstellungen-berlin/aktuell/wien-berlin/



niedziela, 29 grudnia 2013

sobotarano

Wiem, że jest niedziela wieczór, ale będzie o sobocie. Otóż w sobotę wstaję rano, zazwyczaj o bladym świcie, bo wtedy też wstaje mój wspaniały syn i gdzieś pomiędzy kawą dla mamy, a butelką dla dziecka przypomina mi się, że już za chwilkę, już za moment na skrzynkę mailową niedzielawieczor@gmail.com zaczną przychodzić maile sobotnich poranków z różnych stron Polski i nie tylko. Cztery lata temu moje sobotnie poranki wyglądały zupełnie inaczej, zresztą mogę sobie powspominać zaglądając w archiwum bloga. Bo o blogu sobotarano jest ten post. Znacie? Wysyłacie zdjęcia? Niedawno ta nietypowa inicjatywa łódzkich artystów, która szybko zdobyła swoich fanów obchodziła swoje czwarte urodziny. Czas leci, na blogu pojawiło się setki zdjęć, myślę, że z czasem nabierają one coraz większej wartości. Jeśli nie braliście jeszcze udziału to zapraszam, dołączcie do współtwórców bloga.
Z okazji urodzin doczekaliśmy się ilustracji urodzinowej stworzonej przez Monikę Wyłogę. Odwiedźcie koniecznie jej fanpage, no i rzecz jasna nasz sobotni.

czwartek, 26 grudnia 2013

Święta po niemiecku

Dziś drugi dzień świąt i jest to dla mnie ostatnia szansa, żeby dokończyć wpis o poczęstunku wigilijnym, w którym miałam okazję uczestniczyć na początku miesiąca. Także dziś (myślę, że bardzo w temacie świąt) będzie o jedzeniu. Jak wiadomo albo nie wiadomo chodzę na intensywny kurs językowy prowadzony przez super lektorkę, która prócz języka pragnie zaznajomić naszą grupę z niemiecką kulturą, dlatego co jakiś czas urządzamy sobie coś w rodzaju śniadania, w czasie którego rozmawiamy o różnych zwyczajach i tradycji, tym razem było to śniadanie świąteczne, na które Sybille postarała się przynieść świąteczne słodkości z różnych stron Niemiec. Nie zabrakło też dekoracji i na środku stołu pojawiła się bożonarodzeniowa, drewniana piramida. Tradycja w Polsce i zapewne innych krajach zupełnie nieznana, a według mnie bardzo ciekawa wizualnie, szczególnie dla najmłodszych ma swoje źródła w Saksonii. Piramida na planie koła, przypominająca trochę swoją formę wiatrak zbudowana jest w całości z drewna, a jej piętra, czasem kilka, a czasem kilkanaście zdobią drewniane figurki inscenizujące róże sytuacje, oczywiście centralną i najważniejszą scenę stanowi szopka. Wszystko wykonane ręcznie, wystrugane z ogromną precyzją, można powiedzieć z niemiecką precyzją. Nie muszę chyba dodawać, że ostatnimi czasy w wykonaniu saksońskich piramid najlepsi są Tajwańczycy. Zadaniem piramidy jest kręcić się i prezentować swoje wdzięki i jednocześnie rozprzestrzeniać zapach kadzidła, które to wydostaje się z ust tzw. Räuchermanna. Postać ta, równie ważna to dopełnienie piramidy i za sprawą aromatycznego dymu uzupełnienie atmosfery przy wigilijnym stole.



Jednak miało być o jedzeniu, a ja jak zwykle zbaczam z tematu. Nie jestem pewna co dokładnie jedzą Niemcy w wigilię, zapewne w każdym landzie jada się coś innego, wiem jednak, że bardzo odświętnym daniem, jest pieczona gęś, coś na wzór amerykańskiego indyka, im większa tym lepsza i smaczniejsza. Moja znajoma twierdzi, że Niemcy jedzą w święta smażone kiełbaski z sałatką ziemniaczaną, ale ja chcę wierzyć i wyobrażać sobie, że na każdym stole ląduje dorodna gąska.

Na naszym wigilijnym śniadaniu nie zabrakło Stollen, czyli drożdżowego ciasta z ogromną ilością bakalii, marcepanu i cukru pudru. Ciasto pochodzi, tak jak piramida także z Saksonii, na koniec tej notki dojdę do wniosku, że ten land jest źródłem większości niemieckich tradycji. Mieliśmy okazję spróbować także dominosteine, czyli małych kostek piernika z galaretką i marcepanem polanych oblanych czekoladą, marzipankartoffeln czyli marcepanowych kartofelków, ogólnie było dużo marcepanu. Sybille zaznajamia nas z swoją kulturą, a my nie pozostajemy jej dłużni, dlatego każdy przygotował coś charakterystycznego dla swojego kraju. Na stole pojawiła się hiszpańska tortilla de patatas, włoski tort makaronowy, grecka musaka, którą na pewno spróbuję zrobić samemu oraz wiele innych przysmaków, których nie zdołałam nawet spróbować. Może się uda na kolejnym śniadaniu. A na koniec trochę zdjęć z Weihnachtsmarkt.







poniedziałek, 16 września 2013

Najzdolniejsi Vol. 2: Michał Polak

Kilka lat temu poznaliśmy się na parkiecie jednego z łódzkich klubów, nikt z nas nie przypuszczał, że przyjaźń zaowocuje kiedyś współpracą, nie byłoby współpracy gdyby nie fakt, że Michał posiada niezwykły talent, talent wyjątkowego postrzegania świata. Kiedy przyglądam się fotografiom, które tworzy marzy mi się żeby na sekundę znaleźć się w jego głowie i poddać się tym wszystkim niepokojom i kłębiącym się myślom. Jak sam mówi Przelewa na matryce niepokoje niezintegrowanego ze społeczeństwem; fascynuje się bezosobowością i zacieraniem płciowości. Poznajcie samouka, łodzianina, Michała Polaka

Zapowiedź Lookbook ODIO

Twoja fotografia po raz kolejny stanowi bazę do identyfikacji wizualnej Young Fashion Photographers Now (wcześniej także zdjęcia Michała były wykorzystywane na potrzebę OFF Out Of Schedule), fajne uczucie?
Oczywiście, to wyróżnienie bardzo mnie ucieszyło, zwłaszcza, że to największa impreza modowa w Polsce. Kilkukrotne pojawienie się w identyfikacji świadczy, mam nadzieję, o dobrym poziomie tego, co robię. Zresztą, w skład zespołu wybierającego uczestników wystawy wchodzą osoby, które mogą być wzorem, więc ich przychylność to dobry znak.


Zdjęcie wykorzystane do identyfikacji YFPN

Współpracujesz z polskimi projektantami, tworzysz niezwykłe sesje, w których moda gra pierwsze skrzypce, ale ja w tych zdjęciach widzę coś więcej, jest w nich jakiś wspólny mianownik, który przyciąga, fascynuje. Zdradzisz mi swoją tajemnicę? :P
Nie lubię, a może nie potrafię, robić dynamicznych zdjęć kobiet skaczących przez niewidzialne przeszkody albo kręcących się wokół własnej osi z uśmiechem na twarzy. Dlatego może moje zdjęcia są mniej atrakcyjne pod względem modowym, a bardziej sprawiają wrażenie klimatycznego obrazu. Interesuje mnie pewien rodzaj spokoju i znieruchomienia. Staram się go przełożyć na to, w jaki sposób ustawiam modeli. A może to po prostu tylko specyficzny sposób patrzenia na ludzi. ;)

Zdjęcia z cyklu: od 5 do 10 stopni. wiatr porywisty.

Opowiedz o swoich fascynacjach, co pragniesz przekazać w swoich zdjęciach, skąd czerpiesz inspirację, jakie miejsca najbardziej lubisz.
To trudne pytanie, bo nie wiem czy mam jakiś konkretny przekaz, czy to bardziej moja estetyka. To, co mi się podoba i w jaki sposób widzę świat. I właśnie otoczenie jest dla mnie największą inspiracją. To, co mnie otacza kiedy idę ulicą albo siedzę na skwerze. To, czego słucham i oglądam na youtube. Także osobowości moich znajomych. Co do miejsc, to ciągnie mnie w miejsca opuszczone, w których natura zaczyna na nowo rządzić.

Sesje, które tworzysz często odbywają się w plenerze, czy w otwartej przestrzeni czujesz większą swobodę, czy „na zewnątrz” wydaje ci się bardziej plastyczne?
Lubię światło słoneczne na zdjęciach. Naturalne światłocienie. Miejsca, które wybieram pozwalają na uzyskanie głębszego nastroju. Mają swoją historię która uzupełnia całość stylizacji, modela i makijażu.


ODIO various


Wiem, że w czasie sesji jesteś człowiekiem orkiestrą, pracujesz nad zdjęciami, ale także troszczysz się o stylizację i scenografię, trudno połączyć te wszystkie role, czy przychodzi ci to naturalnie?
Nie będę ukrywać, że jest to dla mnie trudne :) Mam zazwyczaj bardzo konkretny obraz tego, co chciałbym uzyskać. Chociaż jest już prościej niż było bo na mojej drodze pojawiają się ludzie, którym mogę zaufać i powiedzmy - scedować na nich część zadań. Oczywiście tylko część:) Stylizacje robię nadal sam.



Jak oceniasz kondycję polskiej fotografii modowej, interesuje cię w ogóle co robią inni, czy skupiasz się tylko na swoich działaniach?
Nie śledzę żadnego z portali publikujących sesje zdjęciowe jedną po drugiej. Jest kilka blogów, które oglądam i od czasu do czasu pojawiają się tam sesje modowe. Jednak są to raczej strony zagraniczne i tylko czasami trafi się coś polskiego. Myślę, że w Polsce jest wiele osób, które robią zdjęcia w bardzo podobny sposób i tak, by one się podobały ludziom. Konkretna estetyka. Chyba istnieje popyt na zdjęcia typu rozkładówka z chłopakiem z bravo girl, mam rację? Ja chyba nie potrafię w ten sposób, więc muszę iść trudniejszą drogą. Swoją drogą.:)

Jakie masz plany na przyszłość, marzenia?
Najważniejsza dla mnie jest nieustanna edukacja, rozwój, nie stać w miejscu z jednym sposobem patrzenia. Szukać, rozwijać, zgłębiać. A co do marzeń? Chyba największym jest, by kiedyś mieć możliwość pracować z Małgosią Belą.


Cykl: bezczas


Więcej zdjęć Michała znajdziecie na jego
stronie i fanpage


piątek, 30 sierpnia 2013

W ogrodzie, czyli co robię kiedy nie piszę nowych postów.

Kilka dni temu spacerowałam z młodym po parku, oczekując aż mój luby wyjdzie z gabinetu dentystycznego i jakież było moje zdziwienie, że duża ilość liści leży już pod drzewami, a nie ładnie i zielono sobie rośnie. Nie wiem gdzie się podziało lato, nie odnotowałam wiosny, z wiosny pamiętam jedną wizytę w parku, jeszcze na Weddingu, zaraz kiedy wzrosła temperatura i odtajała ziemia. Pomyślałam wtedy, że to wspaniale, że zaraz będzie można zrzucić płaszcz i spacerować w swetrze, a zaraz potem w samej koszulce. Teraz znów trzeba kompletować garderobę jesienno-zimową, na szczęście zima tutaj nie doskwiera tak bardzo jak np. na Śląsku, ale nie o tym, nie o tym... miało być o tym jak ucieka czas i jak coraz mniej go mam, a zajęć coraz więcej i boję się, że obudzę się jutro i będę po czterdziestce. Marzy mi się rezerwa czasowa, z której mogłabym czerpać i np. pisać coś tutaj albo dodawać zdjęcia tutaj. Nie wiem skąd biorą czas na blogowanie mamy, autorki blogów o macierzyństwie, piszą nocą? Ich dzieci nie pragną ciągłej uwagi, zabawy, czytania książeczek, układania wieży z klocków? Zapewne jestem źle zorganizowana i ogólnie sobie nie radzę stąd ten ciągły bieg, a może zamiast „siedzieć na necie” staram się każdą możliwą chwilę spędzać z młodym, który najprawdopodobniej już za miesiąc zacznie swoją przygodę ze żłobkiem. Dziś np. odwiedziliśmy bardzo fajne miejsce, polecam absolutnie każdemu, kto lubi spacerować i cieszyć oko zielenią. Mówię o Gärten der Welt czyli Ogrodach Świata. Internet mówi, że miejsce to zostało utworzone w 1987 z okazji 750-lecia Berlina. Podobno na początku było tam zupełnie nieciekawie i zwyczajnie, a po upadku muru powstał prawdziwy raj oddający charakter orientalnych ogrodów jakie możemy spotkać w Chinach, Japonii czy Korei. O ogrodach możecie przeczytać tutaj. A ja mogę powiedzieć, że średnia wieku w tym miejscu to 130 lat, zatem każdy o mentalności staruszka będzie czuł się tam jak w raju. Wstęp 4 euro,  dzieci poniżej szóstego roku życia wchodzą za friko. Zapraszam do relacji foto:























niedziela, 18 sierpnia 2013

Wakacje


To będzie wpis lifestaylowo-parentingowy, ani trochę modowy, także wybaczcie wielbiciele tematów związanych z ciuchami etc. Miałam przerwę w pisaniu, w dostawie internetu, a to za sprawą moich pierwszych rodzinnych wakacji, nie licząc tych z rodzicami w dzieciństwie oczywiście. Odbyłam wraz z partnerem (stosowanie określenia „chłopak” jakoś nie wydaje mi się adekwatne do naszego wieku) i moim synkiem prawdziwe tour de Pologne i trochę tour d'Alemagne, czyli mówiąc ogólnie zrobiliśmy bardzo dużo kilometrów w celu odwiedzenia każdego, pozałatwiania różnych spraw np. zakupów w łódzkich hurtowniach, na samym końcu odpoczynku. Jak było? Męcząco! W pierwszej kolejności mieliśmy w planie wyjazd na tydzień do Chorwacji, ale jakoś tego sobie nie wyobrażam biorąc pod uwagę fakt, że moja latorośl wytrzymuje w foteliku samochodowym góra 4 godziny, każdą kolejną jęcząc, zawodząc i łkając, nie pomagają wtedy ani zabawki z melodyjkami, ani ulubione ciasteczka czy też banany, które są najlepszym owocem na świecie. Także mniejszym złem okazało się polskie wybrzeże. Tylko co tu robić z 9-miesięcznym szkrabem na plaży? To jeszcze nie ten etap kiedy dziecko bawi się jak w wielkiej piaskownicy albo ciągnie do wody, to etap, w którym piasek ląduje w buzi i całe plażowanie sprowadza się do pilnowania, żeby razem z piaskiem do buzi nie trafił kiep tudzież kawałek szkła. Zbawienny okazał się dmuchany basenik, w którym umieszczony jegomość (oczywiście na sucho) wraz z miliardem zabawek czuł się wyróżniony i szczęśliwy.


Czy mama albo tato zażyli słonecznej kąpieli? Nie, na pewno nie w pozycji horyzontalnej, opalanie okazało się możliwe tylko w czasie spacerów po plaży z młodym w chuście, oczywiście opalał się ten, kto akurat nie był w tą chustą obwiązany. Przy okazji noszenie dziecka zawiniętego w długą szmatę nadal wywołuje szok u dużej ilości społeczeństwa, które na miejsce wakacji wybrało polskie wybrzeże. Także szeptanie na uszko i pokazywane palcem, a także strzelanie fotek z biodra komórką było jak najbardziej na miejscu dla większości wczasowiczów. Gdzie byliśmy? Najpierw w Międzywodziu (taka dziura koło Międzyzdrojów), a następnie w Pogorzelicy (taka mniejsza dziura koło Niechorza). W przypadku pierwszej miejscowości (bardziej na zachód) mieliśmy do czynienia z cenami iście zachodnimi, dostosowanymi do dużej ilości turystów z Niemiec. Obiad dla dwóch osób w smażalni ryb Renia 70 zł, wizyta w cukierni 50, do tanich należał jedynie namiot z tanią książką, gdzie moje dziecię zdobyło kolejne pozycje z serii wierszy dla najmłodszych. Także ogólnie rzecz ujmując wybierając się nad Polskie morze trzeba albo zaopatrzyć się w dużą ilość konserw z Tesco albo dużą ilość gotówki, chyba że przed wakacjami przejdziemy na weganizm lub witarianizm i będziemy posilać się poszyciem lasu. W Pogorzelicy sytuacja podobna, ale za rybkę z frytami zapłaciliśmy już trochę mniej. Należy też dodać, że w miejscowości tej jest najpiękniejsza plaża jaką było mi dane zobaczyć nad Bałtykiem. Cała miejscowość położona jest w lesie sosnowym, co daje miły efekt wizualny i zapachowy. W P. byliśmy większą grupą, młody miał okazję pobyć trochę z dziadkami i kuzynkami, dla których w słabszą pogodę znalazła się super atrakcja, a mianowicie park linowy. Trzy trasy, ułożone według różnych stopni trudności zaaranżowane w nieczynnym ośrodku. Dla dzieciaków i odważniejszych dorosłych przygoda, dla pozostałych, np. opiekujących się najmłodszymi odpoczynek, bowiem na miejscu znajduje się też mini kawiarnia, przytulna, a zbudowana w zasadzie tylko i wyłącznie z pobielonych europalet. Także jedni się wspinają, a inni popijają latte i wdychają zapach sosen.

W drodze znad morza (bardzo długiej drodze) odwiedziliśmy Ostrów Wielkopolski, gdzie znajduje się odrestaurowana bardzo ciekawa architektonicznie synagoga synagoga, która pełni rolę centrum kulturalnego. W ogóle miasteczko robi bardzo fajne wrażenie.

http://forumsynagoga.pl/
Następnie przyszedł czas na półtora dnia w Łodzi, w której od przeprowadzki nie było mnie ponad rok. Zrobiłam zakupy tkaninowe i przyszedł czas na spotkania towarzyskie. Pierwszy w restauracji Manekin, za którą bardzo się stęskniłam, szkoda, że nie ma swojego oddziału w Berlinie ;). Naleśnik z rukolą, suszonym pomidorem i serem pleśniowym zrobił mój dzień, młody też trochę podjadł, chociaż bardziej smakowała mu wersja z nadzieniem a'la pierogi ruskie, którą zamówił mój mężczyzna. Potem piwko w Off Piotrkowska i długa przegadana noc z przyjaciółmi zakończona schabowym z Sznycelka. Drugi dzień spędziliśmy chłodząc się pod odkręconym hydrantem i na przepysznym obiedzie w Tari Bari, po drodze zaglądając na eko bazar, także Off rządzi.
pyszności z Tari Bari Bistro
Koniec wakacji na Śląsku okazał się dramatyczny, po kolei dopadała nas grypa żołądkowa. Wyniszczeni, zmęczeni, ale szczęśliwi wróciliśmy do domu. To by było na tyle mój drogi pamiętniczku. Szykuję już serię wpisów o tym gdzie wybrać się na zakupy w Berlinie i kolejny, drugi odcinek Najzdolniejszych. Mam nadzieję, że wasze wakacje były równie fajne.

piątek, 28 czerwca 2013

O miłości do rzeczy używanych, lumpeksach, pchlich targach i wędrującej odzieży.


Pamiętam lumpeksowy/ciucholandowy, czy jak kto woli to nazywać boom w Polsce. Pamiętam jak w czasach liceum opuszczałam lekcje w środku planu dnia i jeździłam z moim najlepszym kumplem przeglądać kilometry wieszaków w starej rzeźni, w poszukiwaniu spodni Dickies czy Levis, lub bluz Fred Perry, bowiem te najlepiej schodziły na Allegro. Z zainteresowaniem oglądaliśmy jak chmary babć w beretach biją się o „nowy wieszak”, który właśnie wyjechał z zaplecza i wyrywają sobie najgorsze ochłapy, sfilcowane poliestrowe sweterki i bluzki w kwiatki. Myślę, że fenomen lumpeksów troszkę się zmniejszył, w przeciągu kilku lat chodzenie po sklepach z używaną odzieżą stało się czymś w rodzaju ciekawej wycieczki, z przygodami, podczas, której można upolować wyjątkowe okazy, liczba osób, która handluje używanymi „firmówkami” na allegro wzrosła do takiej ilości, że zajęcie to przestało być atrakcyjne finansowo, a ludzie którzy odwiedzają second handy dzielą się na tych, którzy szukają rzeczy vintage i tych, którzy wolą wydać 5 złotych a nie 50 na bluzkę z H&M, która znudziła się komuś w innej części Europy i postanowił po jednym sezonie wrzucić ją do kontenera z odzieżą używaną.

fot. Michał Kasprzyk

fot. Michał Kasprzyk

fot. Michał Kasprzyk. Więcej zdjęć: http://www.kasprzykowe.blogspot.com/

Z racji tego, że od jakiegoś czasu mieszkam w Niemczech doświadczam lumpeksowego boomu po raz kolejny, tym razem w odmiennym charakterze, ale od początku. Miałam ostatnio tę przyjemność uczestniczyć w wielkim pchlim targu, który odbywa się co tydzień w parku, w jednej z modniejszych dzielnic Berlina. Pierwszy raz brałam udział w roli sprzedającej, a nie snującego się od stoiska do stoiska klienta. Stojąc od świtu do późnego popołudnia wśród rzeczy z każdej kategorii oraz w tłumie z wszystkich zakątków świata doszłam do wielu fascynujących wniosków. To, że Niemcy są narodem oszczędnym wie każdy kto chociaż raz odwiedził ten piękny kraj, w jakimś sensie fakt, że są jedną z wiodących gospodarek w Europie, też z oszczędności wynika. Niezależnie od tego ile pieniędzy przeciętny mieszkaniec kraju zza Odry ma na koncie rozrzutnym nazwać go nie możemy. Dlatego też kwitnie tutaj handel wymienny, a także miłość do rzeczy używanych. Dochodzą do tego wysokie koszty utylizacji odpadów, dlatego zawsze zbędną rzecz lepiej sprzedać komuś, lub po prostu oddać za zwykłe „dziękuję”. Ale, ale, ale miało być o ciuchach , w dodatku wędrujących jak zapowiedziałam niedawno na facebook. Nazwałam je tak dlatego, bo przebywają ciekawą drogę: od kosza z używaną odzieżą w wybranym kraju UE, następnie skupowane są do Polski, w celu sprzedaży w ciucholandach, a w tych najlepsze okazy łowione są przez młodych i przedsiębiorczych Polaków by zaraz jako coś super vintage trafić na jedno z wielu targowisk w stolicy Niemiec, podejrzewam, że w innych miastach także. Interesujące jest szaleństwo w jakie wpadają kupujący, niektórzy już od 6 rano czyhają na najbardziej schodzone skórzane buty, okulary bez szkieł, albo paskudny sweter w tureckie wzory, zastanawiające są starsze panie (przykład z naszego stoiska), które znalazłszy bluzkę identyczną do tej, którą mają na sobie biorą w ciemno, nie sprawdzając nawet rozmiaru, po co? Tego nie wie nikt. Czy to się kiedyś Niemcom znudzi? Nie sądzę, kochają starzyznę, szukają rzeczy praktycznych, albo takich do których mają sentyment, które np. posiadali w przeszłości i chętnie posiądą po raz kolejny.
Wśród tych wszystkich ubrań, bibelotów, mebli, śmieci znajdują się też prawdziwe perły, ja sama natrafiłam ostatnio na stoisko Jiab, z używanymi rzeczami te nadrukowane na torby i koszulki obrazy nie mają nic wspólnego, ale zainteresowanie jest ogromne, zajrzyjcie koniecznie na stronę, a będąc w Berlinie, do Mauerparku, może znajdziecie koszulkę, którą wyrzuciliście do kosza z odzieżą kilka lat temu.