niedziela, 8 stycznia 2017

U Steffena- (nie)typowa kuchnia niemiecka

Od prawie pięciu lat mieszkam w Berlinie, który pod względem kulinarnym jest mieszanką smaków praktycznie ze wszystkich zakątków świata. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, począwszy od wszystkich możliwych kuchni  azjatyckich, przez kuchnię arabską, włoską, francuską, polską, rosyjską, amerykańskie burgery, na typowo niemieckiej kuchni skończywszy.
Klub Polki na Obczyźnie zaproponował by uczestnicy napisali na temat nietypowych lub dziwnych zwyczajach kulinarnych w krajach zamieszkania. Kuchnia niemiecka jest w dużym stopniu podobna do polskiej, Niemcy jadają dużo mięsa, ziemniaków, kiełbasek, kapusty kiszonej, pieczywa, a to wszystko popijają dużą ilością piwa. Ja chciałabym przedstawić dla Was, najciekawsze,  popularne w poszczególnych regionach potrawy w formie Menu, a zatem:
Pragnę zaprosić was drodzy czytelnicy do wirtualnej) restauracji "U Steffena".  Dzisiejsze menu skomponowane jest z przeróżnych smaków, których wspólnym mianownikiem jest kraj pochodzenia: Niemcy. 



Zacznijmy do przystawki, na którą proponuję wam Löwenzahnsalat, czyli nic innego jak sałatkę z mlecza. To nietypowe danie jest bardzo popularne w graniczącym z Francją Saarlandzie. Sałatka z mlecza przygotowywana jest na różne sposoby, ja proponuję wersję z gotowanym jajkiem, grzankami i sosem winegret.


Dań głównych zaproponuję kilka, każdy wybierze coś co mu najbardziej odpowiada.

Jako, że Berlin jest mi najbliższy, pierwszy pojawi się Currywurst czyli grillowana lub pieczona kiełbaska wieprzowa (w smaku dosyć podobna do naszej białej kiełbasy) podawana z pikantnym sosem, na który składa się przecier pomidorowy lub po prostu ketchup i bardzo duża ilość curry. Kiełbaskę można zamówić z bułką lub frytkami, poczas zamówienia pada też pytanie, czy chcemy by była w skórce lub bez. Danie to wymyśliła Herta Heuwer w 1949 roku. Co wyda się wam zapewne interesujące to fakt, że nagrobek tej pani polecany jest na liście 100 obowiązkowych rzeczy, które należy zobaczyć w Berlinie. Jakoś mnie to nie przekonuje, chociaż Currywurst jadłam już kilkakrotnie. Jak donosi Wikipedia, rocznie zjada się w Niemczech 800 milionów porcji pikantnej kiełbaski. Macie jednak ochotę na coś bardziej wyszukanego?

żródło: http://www.123countries.com/germany/national-dish-currywurst-of-germany/

Zatem moja druga propozycja to Birnen, Bohnen und Speck, czyli tłumacząc dosłownie gruszki, fasolka i boczek. Jest to typowa potrawa jednogarnkowa (Eintopf), pochodząca z Hamburga, ale popularna praktycznie w całych północnych Niemczech. Najważniejszą w tej potrawie jest sama gruszka, musi to być bowiem grusza Konferencja, nie jest za słodka, ma też mniej soku, co podobno najlepiej pasuje do gotowanego boczku. Nie wiem jak ten smak komponuje się z fasolką, ale może macie ochotę spróbować i dowiem się po degustacji?

żródło: http://herzragout.de/birnen-bohnen-und-speck/

Jeśli odżywiacie się bezmięsnie kuchnia niemiecka, prócz słodyczy nie ma za wiele do zaoferowania. Nasz restaurator Steffen także, dlatego trzecia propozycja dania głównego też, będzie z mięsem. Jeśli poprzednie potrawy mogły w jakiś sposób cieszyć oko, wywodzący się z Bremy Knipp już nie bardzo. To coś w rodzaju kaszanki czy jak kto woli krupnioka, podawanej z Bratkartoffeln, czyli pieczonymi, pokrojonymi w plasterki ziemniaczkami i ogórkiem kiszonym lub konserwowym. W Dolnej Saksonii Knipp spotykamy także jako dodatek do chleba, oraz chyba najdziwniejsza wersja to Knipp u boku musu jabłkowego. Pisząc ten tekst uświadmiam sobie jak bardzo Niemcy lubią łączyć mięso z owocami.

W naszej restauracji nie powinno zabraknąć smaków prosto z DDR, a typową potrawą z tamtego okresu jest Soljanka, nie tracąca swojej popularności do dziś. Osobiście określam tę zupę trochę jako "przegląd lodówki", bo można w niej znaleźć praktycznie wszystko. Zupa ta wywodzi się z Rosji, a jej bazą jest bulion mięsny, rybny lub grzybowy, składniki zaś to cebula, pomidory, ogórki kiszone, koncentrat pomidorowy, kawałki karkówki, kiełbasa lub inna wędlina, czosnek, cytryna. Wyobraźcie sobie kwaskowatą, doprawioną papryką zupę pomidorową, w której napotykamy przypadkowe składniki, a wasze wyobrażenie będzie bliskie Soljance.




Czas na deser. Może po takiej ilości mięsa będzie wam trudno zmieścić coś jeszcze, ale Steffen przygotował dla was coś wyjątkowego, a mianowicie Kalter Hund, czyli Zimny Pies. Nazwa pobudzająca wyobraźnię, prawda? Zimny pies to nic innego jak ułożone warstwowo herbatniki zalane masą czekoladową i mocno schłodzone w lodówce, polski odpowiednik to chyba czekoladowy blok. Nazwa tego ciasta pochodzi od jego formy jaka przybiera przez wyłożenie składników w foremce. Forma ta przywodzi na myśl kształt wagonika używanego w kopalni, który po niemiecku nazywa się po prostu Hunt. Inna teoria głosi, że w lodówce ciasto pokrywa się delikatną rosą co przypomina zimny nos psa. 


poniedziałek, 17 października 2016

5 rzeczy, które (w Niemczech) pomogą ci przetrwać zimę

Lato w tym roku wyjątkowo nas rozpieszczało. Nie pamiętam kiedy ostatnio mieliśmy tak długo piękną, słoneczną pogodę. Jednakże wszystko co dobre, kończy się nieubłaganie i zostajemy skonfrontowani z nową rzeczywistością, w tym przypadku z zimną rzeczywistością. Od kilku dni wychodząc rano z domu udaję, że moja kurtka soft-shell jest super ciepła i wcale nie potrzebuję tego szaliczka z wełny merynosów, ale powiedzmy sobie szczerze przyszła i pora na ciepłe majtki.
Dziś przyszło mi do głowy, że jeśli będę myśleć o nadchodzącej aurze pozytywnie, wszystko przebiegnie bezboleśnie, a oto 5 rzeczy, które pozwalają mi myśleć o zimie pozytywnie:

1.Spotkania ze znajomymi.Nareszcie nadszedł czas kiedy skończyły się urlopy, wyjazdy za miasto, wypady na weekend, bo jest ciepło i pięknie. Nadszedł czas jakby to potocznie ująć "siedzenia na dupie", a co za tym idzie jest mnóstwo okazji, żeby nadrobić towarzyskie zaległości i spotkać się z wszystkimi, z którymi w porze letniej ciągle się mijaliśmy. Jak już kiedyś wspominałam, pomimo, że w Berlinie mieszkam dopiero cztery lata udało mi się poznać naprawdę fajnych ludzi, zarówno Polaków jak i ludzi z innych stron świata, często bardzo odległych. Chętnie i nadal utrzymuję kontakt z osobami, z którymi stawiałam pierwsze kroki w języku niemieckim. W tym, dopiero co rozkręcającym się sezonie mam już na koncie babski wieczór, w dosyć licznym gronie matek i nie-matek, z którymi można i poplotkować i powymieniać się typowo emigranckimi doświadczeniami.



2. Weihnachtsmarkt. W sklepach tzw. świąteczna atmosfera trwa praktycznie od końca września do Nowego Roku. Odnoszę wrażenie, że co roku, co raz wcześniej możemy zaopatrzyć się w pierniczki czy czekoladowe Mikołaje. W ogóle mnie to nie rusza, ale tę zimę pozwala mi przetrwać myśl o na pewno nie jednej wizycie na Weihnachtsmarkt, czyli jarmarku bożonarodzeniowym. Kufelek grzanego wina, prażone migdały w cukrze, pieczarki z czosnkiem i zasmażany jarmuż to rzeczy, które na pewno powinniście spróbować odwiedzając, któryś z jarmarków. Więcej o świątecznej atmosferze przeczytacie tutaj.


3. Weihnachtsfeier. Inna przyjemność,która pozwoli mi z nadzieję wyglądać wiosny to bożonarodzeniowe przyjęcie, czyli Weihnachtsfeier. Wspólne świętowanie, to obowiązkowy punkt praktycznie w każdej firmie. Czas kiedy widzi się swoich współpracowników z mniej minorową miną, a szef ze srogiego dyktatora staje się (często za pomocą grzanego wina) potulnym misiem. Jest to również okazja, by odświętnie się ubrać, zatem kolejną przyjemnością mogą okazać się zakupy. W tym roku jak i w zeszłym czeka nas także przyjęcie w przedszkolu naszego syna. Wspólne śpiewanie O Tannenbaum i szeregu innych świąteczno-zimowych pieśni to zawsze frajda zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych.

4. Seriale. Przyznaję się bez bicia, seriale oglądam przez cały rok. Co nie zmienia faktu, że na wiosnę, czy w lecie bliżej jest mi do parku, niż do siedzenia przed telewizorem lub komputerem. Jesień i zima to jednak czas kiedy wychodzę z domu tylko kiedy bezwzględnie muszę, dlatego jest i okazja, żeby zobaczyć coś ciekawego. Tej jesieni oglądam serial Younger. Trochę zabawne, trochę naiwne, trochę modowo jak Gossip Girl, ale bez gadania o zdradzie. Trochę cięższy klimat ma American Crime. Obecnie oglądam drugi sezon i muszę przyznać, że wciąga tak samo jak pierwszy. W roli głównej niesamowita Felicity Huffman.






5. Glühwein, czyli grzane wino, którego już sam zapach przyprawia mnie o dobry humor, a żaden zimny i szarobury wieczór nie jest mi straszny. W sklepach mamy szeroki wybór tego napoju, a ja lubię sobie dorzucić do niego trochę płatków migdałów.



środa, 11 maja 2016

Czerwcowe warsztaty modowe z agitPolska.


Funkcjonujemy w świecie dynamicznych przemian, w bardzo różnych dziedzinach życia, także w modzie. Nasza rzeczywistość przyspiesza z dnia na dzień, a co za tym idzie nasze otoczenie, ulega ciągłej modyfikacji. W łatwy sposób możemy zmienić miejsce swojego położenia, udać się w podróż, zmienić miejsce zamieszkana, wyemigrować. Wyruszyć z miejsca, które dobrze znamy w takie, które będzie nam w pewnym stopniu lub całkowicie kulturowo obce. Wraz z rozwojem naszej cywilizacji, coraz łatwiej podejmować nam decyzje o zmianie miejsca zamieszkania, dosłownym zanurzeniu się w zupełnie obce otoczenie. Po jakimś czasie, świadomie lub zupełne nieświadomie nasiąkamy nowym miejscem, zmienia się nasza mentalność, jak również styl życia, czy wygląd zewnętrzny, a konkretnie ubiór. To zagadnienie interesuje mnie najbardziej. Zadaję sobie pytanie, czy za kilkadziesiąt lat sposób w jaki będziemy się ubierać będzie mógł jeszcze cokolwiek powiedzieć o miejscu, z którego się wywodzimy? Czy w dobie sieci odzieżowych wierne kanonon pozostają jedynie grupy etniczne, których strój związany jest ściśle z wyznawaną religią?

Na te oraz na szereg innych pytań postaram się odnaleźć odpowiedź już w czerwcu, w trakcie warsztatów, na które zaprosiło mnie stowarzyszenie agitPolska. W trakcie trzech spotkań, nie będziemy skupiać się jedynie na teorii, ale przede wszystkim tworzyć wspólne projekty. Jeśli masz od 16 do 27 lat zapraszam Cię serdecznie na wspólną przygodę z modą, weź udział w dyskusji, warsztatach i stwórz razem z nami berlińską sylwetkę przyszłości. W trakcie zajęć, które odbędą się 9.06, 16.06, i 30.06, w godz. 18-21 będziemy wspólnie tworzyć mini kolekcję inspirowaną przenikającymi się w Berlinie kulturami. Jeśli jesteś zainteresowany(a) czekamy na Twoje zgłoszenie pod adresem: wirhier@agit-polska.de 

Udział w wydarzeniu jest BEZPŁATNY!

Link do wydarzenia na facebooku kliknij tutaj
Ulotka w języku niemieckim:







czwartek, 18 lutego 2016

Koniunkturalny nihilizm Michaela Houellebecqa, czyli jak bardzo ulegliśmy czarowi współczesnego nihilisty.

Skończyłam niedawno lekturę najnowszej książki autorstwa Michaela Houellbecq'a pt. Uległość. Po raz kolejny autor przeszedł samego siebie w tworzeniu jak ja to nazywam charakteru obojętnego, chociaż może w tym przypadku bardziej uległego. Lektura dołująca jak praktycznie, każda wychodząca spod pióra Enfant terrible współczesnej literatury francuskiej, jednakże tym razem zdarzyło mi się kilkakrotnie parsknąć śmiechem, bo jego nihilizujące teksty w moim przekonaniu stają się, na swój sposób dosyć kuriozalne. Nie chciałabym, żeby ten tekst okazał się streszczeniem, ograniczę się zatem, do tego co możecie wyczytać przed lekturą w internecie lub prasie. Uległość zaliczyłabym do mieszanki political fiction i swoistej analizy socjologicznej współczesnego, czy może raczej przyszłego (akcja książki odbywa się po 2020 roku) społeczeństwa francuskiego, które musi zmierzyć się z faktem, że władzę w ich kraju obejmuje Bractwo Muzułmańskie, a co za tym idzie, pojawia się szereg zmian, np. w szkolnictwie wyższym ( z tej, też perspektywy opowiedziana jest historia, bowiem główny bohater jest wykładowcą literatury francuskiej). 
Jak zwykle Houellebecq dokonuje w bardzo zimny i dosadny sposób oceny kondycji współczesnego społeczeństwa należącego do kultury zachodu. Pokazuje stan uśpienia w jakim żyjemy, czy może raczej znieczulenia i absolutny konformizm. Za każdym razem zadaję sobie pytanie: czy autor powinien zaliczany być do grona moralistów czy nihilistów? Skłaniałabym się ku temu, że przejawia cechy obydwu postaw. Bohaterowie powieści Francuza to niewątpliwie postaci tragiczne, które żyją w świecie pozbawionym jakiejkolwiek duchowości czy zasad moralnych. Są ludźmi wykształconymi, często na wysokich pozycjach, jednak cała ich egzystencja sprowadza się do zaspokajania najprostszych potrzeb. Popadają w stany depresyjne, nie widzą dla siebie nadziei, żadnego sensownego rozwiązania, pomysłu na życie, ogarnia ich stan zupełnego znieczulenia. Houellebecq pokazuje, że ten stan analgezy (znieczulenia) spowodowany jest laicyzacją zachodniego społeczeństwa, odtrąceniem wszystkich ideałów. Problemu doszukuje się także w mieszance kulturowej, jaka ma miejsce w jego ojczyźnie. Często za takie podejście jest bardzo krytykowany, co nie zmienia faktu, że zdanie i spojrzenie pisarza na pewne sprawy bardzo liczy się w współczesnej Francji.
Dlaczego w tytule tego postu pojawia się słowo koniunktura? Książki Houellebecqa stały się niezwykle poczytne w ostatnim czasie. Z bohaterami, których kreuje autor możemy próbować się identyfikować, lub czuć do nich najprostszą niechęć i odrazę. Te przesiąknięte nihilizmem postaci przyciągają coraz większe rzesze czytelników i tym samym rodzi się pytanie, czy autor z poczucia pustki, wyobcowania i braku sensu życia nie stworzył dla siebie gotowej recepty, by osiągnąć finansowy sukces. O co często jest posądzany przez krytyków.

Miłośników Cząstek elementarnych czy Platformy skłaniam do podobnej refleksji, a ciekawskim, którzy nie zetknęli się jeszcze z autorem zachęcam do lektury.

A na koniec przepiękny portret autora:


środa, 2 września 2015

Karoliny przewodnik po Pradze cz.1

Klub Polki na Obczyźnie podsunął mi pomysł, aby na moim blogu powstał tekst o Pradze. Jest to nie lada wyzwanie, z samej racji faktu, że stolicę Czech, z powodu wielu odwiedzić znam dosyć dobrze, a co za tym idzie trudno mi będzie wyłuskać the best of. Ostatnio spędziłam tam Święta Wielkanocne, o czym, można przeczytać na moim bardziej prywatnym blogu, o tutaj, wyjazd w porównaniu do poprzednich był krótki, ale treściwy w zachwyty, jak to zwykle w przypadku tego przepięknego miasta bywa. 
Zapewne planując wyjazd do stolicy naszych południowych sąsiadów zadajecie sobie pytanie, jaki miesiąc wybrać. Obawiam się, że nie ma to znaczenia, bo miasto zawsze, nawet w największy styczniowy mróz jest pełne turystów. Zważywszy jednak na fakt, że 90% atrakcji znajduje się na zewnątrz najlepiej będzie pojechać wtedy, kiedy jest ciepło, także wiosną i latem będziemy mieli okazję podziwiać piękno praskich ogrodów, które obok zapierającej dech w piersiach architektury są ogromną zaletą. Jeśli chodzi o zakwaterowanie, w tym przypadku nie udzielę Wam żadnych rad, ponieważ sama najczęściej korzystam z najtańszej opcji, czyli noclegu w akademiku, którego koszty są bardzo niskie (ok. 30 zł osoba/noc). Miasto posiada bogatą ofertę hoteli, hosteli etc.a w dzielnicach na obrzeżach np.Troja znajdują się nawet pola namiotowe czy ośrodki ze stanowiskami dla podróżujących z campingiem. W tym temacie każdy znajdzie coś dla siebie, a jeżeli jesteście z tych, którzy lubią wydać więcej na dobre jedzenie, niż na luksusowe spanie polecam biuro podróży Wirtualna Praga (korzystałam już kilka razy). 
Stolica naszych południowych sąsiadów jest niewielka, dobrze skomunikowana, praktycznie wszędzie można dotrzeć tramwajem lub autobusem, a do najważniejszych miejsc metrem, które posiada w chwili obecnej 3 linie. 








Osobiście lubię wysiąść gdzieś kilometr od centrum i spokojnym spacerem przejść szlakiem najciekawszych miejsc, a takich szlaków w Pradze, pomimo jej rozmiarów jest bez liku. 

Wędrówkę można zacząć od Hradczan, czyli dosyć wysokiego wzgórza, po zachodniej stronie Wełtawy, gdzie znajdują się najważniejsze budowle: kompleks zamku królewskiego, katedra św. Wita, Loreta (kompleks barokowych budynków sakralnych) i słynna Złota Uliczka, która moim zdaniem jest mocno przereklamowana. Zdecydowanie ciekawszy jest troszkę oddalony na zachód Nowy Świat (Nový Svět). 





Ze wzgórza można zejść schodami, które znajdują się dokładnie na wschód od całego kompleksu, zaraz za Muzeum Zabawek, a z których roztacza się wspaniały widok, między innymi na część królewskich ogrodów. Jeśli mamy dużo czasu możemy zajrzeć do wszystkich, jeśli zaś jesteśmy głodni wielu atrakcji, a czasu jest niewiele polecam wejść do Valdštejnská zahrada (wejście znajduje się zaraz przy stacji metra Malostranska, od ulicy Letenska ). Latem, wieczorami odbywają się tutaj koncerty muzyki klasycznej, a w ciągu dnia możemy zobaczyć spacerujące wśród perfekcyjnie zadbanej roślinności pawie. 
Z ogrodów mamy już niedaleko do Mostu Karola, na który możemy się dostać albo od strony Malostranskie Namesti lub od ciągnącej się wzdłuż rzeki ulicy U lužického semináře, gdzie po drodze znajdziemy Muzeum Franza Kafki, a na jego dziedzińcu chętnie fotografowaną przez turystów Pissing Fountain. Przejście przez most Karola to średnia przyjemność, biorąc pod uwagę tłum jaki nim podąża, oczywiście można przyjść o 6 rano, wtedy nie ma nikogo (sprawdziłam), ale to także urok miasta i naszych czasów, mam na myśli tych wszystkich ludzi, którzy tak samo jak ty zapragnęli zrobić sobie na Moście Karola selfie z praskim Hradem w tle. Mostem Karola przedostajemy się na drugą stronę rzeki i tym samym na stare miasto, któremu powinniśmy poświęcić co najmniej jeden dzień naszej wycieczki. Przytulnymi, wąskimi uliczkami przedostaniemy się na Rynek Staromiejski, gdzie możemy bez końca podziwiać architekturę z różnych okresów. Na szczególną uwagę zasługują Kościół Najświętszej Marii Panny przed Tynem i przyciągający turystów Zegar Astronomiczny ( Pražský orloj), skonstruowany w 1410 roku. Centralną część rynku zajmuje pomnik reformatora Jana Husa, ważnej postaci w historii Czech. 


Rynek warto opuścić ulicą Celetná, która prowadzi przez Bramę Prochową (Prašná brána) do mojego ulubionego secesyjnego budynku czyli Domu Miejskiego. Budowla zapiera dech w piersiach i mogłabym na nią patrzeć godzinami. Możecie o niej poczytać tutaj, a dla amatorów kina nadmienię, że w restauracji, która znajduje się na parterze budynku kręcono sceny z "Obsługiwałem angielskiego króla", filmu na podstawie powieści Bohumila Hrabala. Wspominając o Hrabalu przyszło mi do głowy, że mogłabym zrobić osobny post o praskich pivnicach, nie nie chodzi mi o piwnice, bo piwnica po czesku to sklep, a sklep to potraviny... a pivnica to coś w rodzaju pubu, z prawdziwą czeską atmosferą, barmanem z wąsami i kranikiem do przemywania kufli po piwie. Najbardziej znana to U zlateho tygra, gdzie piwo lubił wypić sam Hrabal. Czasami wydaje mi się, że w praskich pivnicach czas się zatrzymał dawno temu i dlatego mają taki fajny urok. Kelner zazwyczaj jest pozornie strasznym gburem, który staje się bardziej przyjazny z każdym kolejnym, wypitym przez nas piwem. Na stole zawsze znajdzie się karteczka, na której będzie stawiał kreski (wypite przez nas piwa) i notował co zamówiliśmy, często po 3 piwach przed nami pojawia się bez zamówienia kieliszek śliwowicy albo Beherovki. Jak to mówią Czesi, dla zdrowia. Nie wypada odmawiać wypicia, zazwyczaj bardzo małej porcji, a czego na pewno nie wolno robić to przelewać piwa z kufla do kufla, dla naszych południowych sąsiadów jest to profanacja, tak jak dolewanie do piwa soku. W miejscach typu U zlateho tygra, lub U Hrocha można też dobrze zjeść. Na mały głód, dla amatorów serów polecam Pivny Syr z cebulą i musztardą albo Nakladany Hermelin, czyli ser pleśniowy, marynowany w oliwie, z papryką chilli i cebulą. Na duży głód najlepszy jest stek wieprzowy z sałatą ziemniaczaną, lub chyba najprostsze z czeskich dań: smażona kiełbasa. Kiedy już się najemy i wypijemy zimne piwo prosto z kufla warto ruszyć w kierunku na tzw. Vaclawak, czyli Václavské Námesti, plac a w zasadzie szeroka ulica, wzdłuż, której stoją imponujące kamienice, a która zakończona jest gmachem Muzeum Narodowego, przed którym stoi pomnik władcy Czech, Św. Wacława. Na Vaclavaku tętni życie zarówno za dni jak i nocą, często u zakończenia placu organizowane są różnego rodzaju jarmarki, poza tym sama ulica ma charakter typowo handlowy. O Vaclavaku ciekawie pisze Mariusz Szczygieł: Vaclavske Namesti to Pola Elizejskie Europy Środkowej. Tu są najdroższe sklepu, hotele i restauracje, ale i kioski z najtańszym jedzeniem (...). Tutaj pod pomnikiem św. Wacaława na koniu zaczęła i skończyła się aksamitna rewolucja. Tutaj w hotelu Zlata Husa J.Ch. Andresen napisał "Księżniczkę na ziarnku grochu". Komunistyczne władze- jak pamięta znawca Pragi, Leszek Mazan- właśnie na tym domu, w którym powstała ta jedna z najpiękniejszych baśni o klasie próżniaczej, umieściły hasło "Ze związkiem Radzieckim po wieczne czasy." (I ani chwili dłużej- dodawał naród). 
Nim zwiedzimy plac warto zajrzeć do Pałacu Lucerny, ale o tym i o innych atrakcjach stolicy Czech napiszę w drugiej części mojego skromnego przewodnika. 







piątek, 24 kwietnia 2015

Das ist aber lecker!- czyli gdzie warto zjeść w stolicy Niemiec.

Wraz z nadejściem ciepłych dni przybywa odwiedzających do Berlina turystów. Jeśli też planujecie się tutaj wybrać i będzie to wasza pierwsza (lub kolejna) wizyta pozwolę sobie polecić kilka miejsc, w których można dobrze i za przystępną cenę zjeść. 
Berlin to jedno z najbardziej tureckich miast w Niemczech, zacznę więc od wizyty na Kreuzbergu. Kiedy będziecie mieli już za sobą wycieczkę alternatywny Berlin warto pozostać w tej części miasta by dobrze zjeść. Jeśli macie ochotę na chrupiący falafel podany z warzywami, zieloną pietruszką i sosem sezamowym to odwiedźcie koniecznie Maroush przy Adalberstrasse 93 (U-Bahn: Kottbusser Tor). Pozostając w arabsko-tureckich klimatach całkiem niedaleko Maroush bo przy Oranienstrasse 196 (Heinrichplatz) w ibisie 1001 Falafel zjecie smażony ser Halloumi, który na talerzu znajdzie się z dużą ilością humusu, warzywami i pieczywem. Na dłuższą wizytę w większym gronie i w przytulnej atmosferze poleciłabym Baraka. Wspomniane wcześniej dwa miejsca to typowe Imbissbude natomiast Baraka znajdująca się przy Lausitzer Platz 6 (U-Bahn:Goerlitzer Bahnhof) to restauracja z prawdziwego zdarzenia. Tutaj zjemy potrawy marokańsko-egipskie. Za niewielką cenę (jeśli dobrze pamiętam jakieś 20 euro) możemy zamówić tacę na 2 lub więcej osób, na której znajdą się różne potrawy, sosy, podane z ryżem i kuskusem. Warto wspomnieć, że w Baraka zachowano proporcję między daniami mięsnymi, a wegetariańskim, dlatego pożywnych dań mogą spokojnie szukać tutaj osoby nie jedzące mięsa



Kreuzberg to nie tylko kuchnia arabska. Imprezując w tej części miasta w dobrym tonie jest wyskoczyć w środku nocy do Angry Chicken na porcję smażonego koreańskiego, pikantnego kurczaka. Miejsce w chwili obecnej jak najbardziej "in". Właściciel, który posiada także popularną restaurację Kimchi Princess musiał dużo zainwestować w promocję ponieważ był moment, że o Angry można było przeczytać wszędzie, a popularny program Galileo zaliczył to miejsce do jednego z najlepszych i najciekawszych fastfoodów Berlina. 




Pozostając w klimatach kuchni koreańskiej, ale zdecydowanie opuszczając Kreuzberg zaprosiłabym was do restauracji w samym sercu Berlina zachodniego, a mianowicie do Arirang na Uhlandstr. 194 (U-Bahn/S-bahn: Bahnhof Zoo). Restauracja słynąca kiedyś z dosyć kontrowersyjnego wystroju (wcześniej znajdowała się w dzielnicy Wedding) zmieniła swoje oblicze, ale nie zmieniła kuchni, nadal serwuje niesamowite ilości grillowanego mięsa, podobnie z resztą jak wspomniana wcześniej Kimchi Princess, jednak w o wiele bardziej przystępnej cenie. Porcja Barbecue, którą najedzą się spokojnie 3 osoby kosztuje tutaj 20 euro. Dodatkową atrakcją jest fakt, że potrawa powstaje przy naszym stole (możemy ale nie musimy grillować sami). Może to zabrzmi śmiesznie, ale ja najbardziej lubię serwowane przez Arirang przystawki, czyli pieczone ziemniaki z miodem, czy pikantną kapustę kimchi
Wracamy jednak na wschód, czyli mój ukochany Prenzlauer Berg. Berlin to nie tylko mieszanka kuchni całego świata, ale także tradycyjna kuchnia niemiecka, która zupełnie nie wiem dlaczego ma wśród europejskich smakoszy złą opinię. Żeby zjeść coś tradycyjnego zajrzyjcie do Imbiss 204 przy Prenzlauer Alle 204. To bardzo małe, ale odwiedzane chętnie przez ludzi pracujących w okolicy miejsce serwujące tzw. Tagesmenu, czyli codziennie zjecie tam coś innego. Ja osobiście jestem fanką pieczeni wieprzowej podanej z kluskami i czerwoną, zasmażaną kapustą. Ostatnio to niepozorne miejsce znalazło się w 10 najlepszych restauracji z niemiecką kuchnią w Berlinie. 

Pozostając w niemieckich klimatach, zupełnie niedaleko, bo zaledwie dwa przystanki tramwajem (M 10) przy stacji U-Bahn: Eberswalder Str. znajdziecie istniejący tutaj od 1960 roku Konnopke's Imbiss specjalizujący się w klasycznym, berlińskim Currywurst. To tutaj pieczoną kiełbaskę z frytkami jadł sam Anthony Bourdin. Jeżeli po frytkach przyjdzie wam ochota na coś słodkiego, to przejdźcie się koniecznie schodzącą w dół, w stronę dzielnicy Mitte ulicą Kastanienalle, a po drodze pod numerem 54 znajdziecie kawiarnię Glücklich am Park, w zasadzie powinnam napisać, że ją wyczujecie bowiem zapach gofrów unosi się w powietrzu już kilkadziesiąt metrów wcześniej. Warto dodać, że Glücklich am Park, to filia znajdującego się kilka przecznic wcześniej conceptstore Kauf dich Glücklich. Połączenie słodkości i mody jest w tym miejscu rzeczywiście szczęśliwe ( Glücklich-szczęśliwy). Polecam, szczególnie jeśli Berlin będziecie odwiedzać z dziećmi.





Właśnie sobie zdałam sprawę z tego, że mogłabym tak pisać bez końca. Zakończę więc w tym miejscu, a za jakiś czas zrobię update. Jeśli macie jakiekolwiek pytania związane z Berlinem, a sądzicie, że potrafiłabym udzielić odpowiedzi to walcie śmiało, w komentarzach albo na facebooku. 



środa, 8 kwietnia 2015

In your face- wystawa Mario Testino w Kulturforum


Kiedy miałam 14 lat z wielką namiętnością przeglądałam magazyn Viva, który w owym czasie bazował głównie na drukowaniu zagranicznych zdjęć. Kidy trafiały się takie autorstwa np. Annie Leibovitz albo Mario Testnio w ruch szły nożyczki, a wycięte i włożone starannie w plastikowe koszulki fotografie trafiały do specjalnego segregatora. Pamiętam, że robiłam to z zachwytu i pewnie też z racji dużego zainteresowania fotografią. Nie pamiętam już dokładnie co najbardziej urzekało mnie w tego typu zdjęciach. Wiem natomiast, że obecnie nie pałam już do nich takim entuzjazmem. Nie zmienia to faktu, że fotografia nadal pozostaje w polu moich zainteresowań, dlatego niedawno wybrałam się do Kulturforum na wystawę In your face, prezentującą pełen przekrój twórczości peruwiańskiego fotografa. Wystawa to 125 kadrów działających na odbiorcę przede wszystkim swoimi rozmiarami, wspaniałymi kolorami i charakterystyczną dla Testino treścią. Możemy podziwiać zdjęcia mody, a także znanych osób takich jak Brad Pitt, Jenifer Lopez czy Claudia Schiffer. Wszyscy są młodzi, piękni i wyglądają jakby życie było tylko i wyłącznie świetną zabawą. No może poza zdjęciem liderów The Rolling Stones, bo akurat oni na zdjęciu Testino ani nie są młodzi, ani piękni aczkolwiek świetnie się bawią. Obcowanie z tego typu fotografią, to dla mnie krótka wizyta w bajce, ale także możliwość zobaczenia prawdziwych klasyków jak np. słynne zdjęcia Kate Moss. Wystawa trwa do 26 lipca macie więc jeszcze dużo czasu, by spróbować tego swoistego "dolce vita". 


Emma Watson
Kate Moss


Linki:
Kulturforum
Mario Testino- Artykuł
Mario Testino- strona.