Przez długi okres mojego pobytu w Dojczlandzie zaglądanie na tutejsze portale/blogi/etc. miało dla mnie tyle sensu co odpalanie teledysków z youtube, które jeśli nie masz zainstalowanego oprogramowanie kilkakrotnie spowalniającego twój komputer po prostu są dla ciebie niedostępne. Wraz z nabyciem i obyciem językowym zaczęłam chcąc/nie chcąc tu i tam zaglądać. Niemcy z reguły wydają mi się ultra sztywni i niedostępni dlatego na początku trudno było mi uwierzyć w ich poczucie humoru. Miałam wątpliwości dopóki nie poznałam postaci, które kreuje Martina Hillw programie składającym się ze skeczy o wdzięcznym tytuleKnallerfrauen. Początkowo skecze oglądałam w telewizji, czyli rzadko, potem z przyjemnością odkryłam, że program ma swój kanał na youtube. Skecze przypominają mi trochę brytyjską serię Smack the Pony (polski tytuł brzmiał zdaje mi się Końskie zaloty). Kto posiadał kiedyś telewizję Wizja 1, na pewno przypomni sobie o czym mówię.
Skecze Martiny są jednak prostsze i nie mają, aż tak dużej dawki abstrakcji. To mój ulubiony:
A ten jeśli kumacie trochę niemiecki:
Prawdziwą gwiazdą internetu reprezentująca młode pokolenie jest niewątpliwie Simon Desue, który swoją popularność zdobył nagrywając na początku krótkie filmiki. Komediant z Hamburga dosadnie komentuje najnowsze wydarzenia w popkulturze, a całość jego twórczości ma charakter tak ostatnio często analizowanej (za sprawą pewnej polskiej artystki) beki. Toczy beke ze wszystkiego, ale najczęściej chyba z samego siebie, czym zdobył sobie dużą rzesze fanów. Ich ilość na fanpage, mówi sama za siebie. A dla was beka Simona z niemieckich muzyków, czyli oda do mleka:
Jeśli jesteśmy już przy piosenkach, to muszę wam powiedzieć, że w listopadzie spełniło się moje marzenie i byłam na koncercie Alexandra Marcusa, którego poznałam jeszcze przed wyjazdem w jego rodzinne strony. Nie wiem jak określić jego twórczość, sam artysta rodzaj muzyki, którą tworzy nazywa electrolore, co w zasadzie nim nikomu nie mówi, jak i sam artysta. Znam osoby, które dalej podejrzewają, że jest delikatnie mówiąc upośledzony, ale wierzcie mi po koncercie, na którym byłam ze znajomymi możemy być pewni, że nie jest. Całość pomimo faktu, że Alexander pisze piosenki o kanapkach czy ulubionym psie jest bardzo dobrze wyprodukowana i widać, że człowiek zna się na rzeczy. Koncert był świetny, a jeśli nie znacie jeszcze Alexandra to poznajcie (na własną odpowiedzialność):
A tak było na koncercie:
Kończę tym fantastycznym wspomnieniem i pragnę nadmienić, że W czeluściach niemieckiego internetu będzie pojawiało się tutaj cyklicznie, niech no tylko coś ciekawego dla was znajdę. Dobranoc.
Wiem, wiem zaniedbuję tego bloga dosyć znacznie i za każdym razem dziwię się kiedy spoglądam na statystyki, że jednak ktoś tutaj zagląda, może z nadzieją, że pojawiło się coś nowego. Nadzieja nie umiera nigdy, dziś będzie post o berlińskiej marce, której siedzibę miałam okazję odwiedzić wczoraj z racji faktu iż 2015 rok zaczęłam poszukiwaniem jakiejś aktywności zawodowej. Pierwszego stycznia zamiast jak zwykle leczyć kaca zajmowałam się wysyłaniem swoich papierów do potencjalnych pracodawców i w ten oto sposób wczoraj znalazłam się w najruchliwszej części Mitte, gdzie życie toczy się zupełnie innym rytmem niż w pozostałych dzielnicach Berlina. Na rozmowę zostałam zaproszona w południe, ale od rana kosztowało mnie to wiele stresu. Zupełnie niepotrzebnie, bo już telefoniczny kontakt z projektantką Maike Dietrich był bardzo miły i na luzie. Firma, którą prowadzi projektantka ma dosyć przewrotną nazwę Maiami, jest to nic innego jak połączenie imienia projektantki i nazwy amerykańskiego miasta, które chyba każdemu kojarzy się ze słońcem, palmami i ogólnie rzecz biorąc wakacyjną sielanką. Berliński label na przekór tym skojarzeniom zajmuje się dzianiną, a konkretnie grubymi swetrami w odjazdowych kolorach. Proste formy działają wzorem, który nawiązuje w dużym stopniu do lat 80.
Marka obchodzi swoje dziesięciolecie i ma się całkiem dobrze prosperując głównie dzięki klientom z Japonii. Swoją drogą, jest to dosyć ciekawe, że większość berlińskich labeli celuje z powodzeniem w ten rynek. Może wynika to z większej otwartości u Japończyków na wszystko co nowe i nietypowe, a także z zasobności portfela (koszt swetra od Maiami to mniej więcej 300 euro).
Przygotowując się do rozmowy przeczytałam kilka wywiadów z projektantką i z przyjemnością odkryłam, że w jej pracy dużo inspiracji znajduje swoje miejsce w filmie. Zupełnie mnie to nie dziwi, bo cóż innego można robić dziergając na drutach (wszystkie rzeczy od Maiami są wykonane ręcznie) jak nie oglądać film lub ciekawy serial. W poprzednich kolekcjach widoczne są inspiracje takimi obrazami jak Love Story czy Park Gorkiego.
Firma należąca do Maike Dietrich ma szerokie plany, niedawno zrezygnowała z kolekcji letniej na rzecz dodatków do wnętrz i asortymentów dla dzieci. Koncept bardzo mi się podoba. Jeśli będziecie mieli kiedyś okazję to koniecznie wpadnijcie do butiku marki na Auguststr. 26.
http://www.vintagency.com/maiami/
P.S. Jeżeli czytacie po niemiecku to tutaj znajduje się ciekawy wywiad z projektantką.
P.S.2. dla ciekawskich: Dostałam się na staż do tej firmy, ale jeszcze nie wiem czy z niego skorzystam, bo jest małe biurokracyjne zamieszanie (jak to zwykle na niemieckiej ziemi).
Ten weekend będzie dla berlińczyków szczególny. Zbliża się bowiem 25 rocznica upadku Berlińskiego Muru. Muru, który stał w Berlinie dokładnie od od 13 sierpnia 1961 do 9 listopada 1989 i swoją konstrukcją rozdzielał świat zachodni od wschodniego. W związku z tą ważną rocznicą powstała w mieście bardzo ciekawa wizualnie i koncepcyjnie instalacja o nazwie Lichtgrenze. Na piętnastokilometrowym odcinku przebiegającym wzdłuż dawnego umocnienia postawiono w niewielkiej odległości ponad 8000 świecących, białych balonów. Każdy z nich niesie ze sobą historię patrona, osobę związaną z miastem, jego historią. Warto wybrać się w weekend zobaczyć instalację, rozpoczęcie uroczystości będzie miało miejsce dzisiaj t.j. 07.11 o godz. 17, a zakończenie w niedzielę t.j. 09.11 o godz. 19. Jeśli jesteście przypadkiem w Berlinie wybierzcie się w okolice Gedenkstaette Berliner Mauer, Checkpoint Charlie lub pod Bramę Brandenburską gdzie zaplanowano koncerty. Program znajdziecie tutaj.
Praktycznie co piątek ta sama śpiewka: dziecko już smacznie chrapie, jest godzina 21, a zatem wcale nie tak późno, wystarczająco dużo czasu by zobaczyć sobie jakiś film. Do wyboru telewizja, dvd albo internet. I tu zaczyna się problem, bo filmów ogrom, a na coś się trzeba zdecydować. Czy zobaczyć coś głupiego, nie wymagającego zaangażowania intelektualnego z oferty kablówki, czy może odkurzyć wreszcie 6 najlepszych filmów Hitchcocka, z których co jakiś czas zaczynamy oglądać M jak Morderstwo, by obudzić się w połowie i stwierdzić, że nawet nie pamiętamy, w którym miejscu zasnęliśmy. Żeby zobaczyć coś w internecie trzeba najpierw sprawdzić ile gwiazdek ma film na filmwebie, następnie zerknąć na recenzję by dojść do wniosku, że jednak to nie taki film chcemy oglądać. Jest już 22, jesteśmy poirytowani taką straszną stratą czasu/wieczoru (wypowiadam się tutaj jako rodzic, dla którego każda minuta kiedy dziecko śpi, a my jeszcze nie śpimy jest na wagę złota). I co robimy? Odpalamy serial.
Przeczytałam ostatnio w jakiejś mądrej gazecie zdanie "powiedz mi jaki serial oglądasz, a powiem ci kim jesteś" (no dobra to nie była żadna mądra gazeta tylko pewnie jakaś Polityka, czy inny Newsweek) i że w USA po serialowych preferencjach ludzie oceniają czy dana osoba jest dla nich interesująca czy wcale. Coś w tym musi być. Nie wiem jak ja wypadłabym w takiej analizie. Na pewno wśród fanów Gry o tron wypadłabym blado, bo nie byłam w stanie przejść nawet przez 15 minut odcinka. Za to wspólny język znajdę z osobami oglądającymi serial Mad Men(ogląda go połowa moich znajomych). Trudno w jednym zdanie co tak bardzo porywa w tej historii, może właśnie historia. Pamiętam jak w pierwszych dwóch seriach podobało mi się jak zostało pokazane "rónouprawnienie" panujące w przedstawianym w serialu czasie. Zachowałam też w głowie obraz kiedy rodzina głównego bohatera robi piknik, po czym wstają sobie zwyczajnie i odchodzą do samochodu zostawiając po sobie masę śmieci. Widocznie w tamtych czasach było to zachowanie zupełnie społecznie akceptowalne, tak jak palenie i picie w czasie pracy. Te szczególiki powodują, że serial jest po prostu super, a każdy inny traktujący o zamierzchłych czasach jest po prostu słabszą kopią.
Moim ostatnim piątkowym numerem jeden jest serialThe Knick z Clivem Owenem w roli głównej. Mroczny klimat nowojorskiego szpitala z początku XX wieku, odkrycia rewolucjonizujące medycynę, ukazanie niewyobrażalnych dla współczesnego człowieka warunków w jakich przeprowadzano operacje, a do tego lekarze uzależnieni od kokainy i siostry zakonne przeprowadzające po godzinach aborcje. Mieszanka wybuchowa. Jeśli jeszcze nie znacie to polecam. Na zachętę posłuchajcie soundtracku:
Często wolimy obejrzeć odcinek serialu bo jest krótszy od pełnometrażowego filmu i istnieje duże prawdopodobieństwo, że oglądając wieczorem dotrwamy do końca. Niestety, czasem treść wciąga tak bardzo, że tego samego wieczoru sięgamy po kolejne odcinki i nagle jest 4 rano. Pamiętam, że miałam tak z Trawką, gdzie w pierwszych dwóch sezonach na koniec każdego odcinka zadawałam sobie pytanie co zrobi Nancy Botwin? Odpowiedź okazywała się ciekawa przez pierwsze dwa sezony, później scenarzystom wyraźnie zabrakło pomysłów i całość nie była już taka fajna.
Opowieści w odcinkach wciągają nawet najbardziej opornych (mam takiego opornego w domu), który zaczął kątem oka oglądać ze mną Homeland i po jakiś czasie wciągnął się w poczynania irytującej bohaterki. Jednak po dwóch sezonach daliśmy sobie spokój, wydaje mi się, że autorzy zrobiliby lepiej też podejmując taką decyzję. Na pewno innego zdania jestem na temat twórców bijącego rekordy popularności House od Cards. Znakomita obsada aktorka i zapierający dech w piersiach wątek tej opowieści to tylko dwa z licznych pozytywów. Nic tylko zasiąść i oglądać. W piątek rzecz jasna, oczywiście jeśli nie macie śpiących za ścianą dzieci lepiej wyjść i spotkać się ze znajomymi albo poczytać książkę, ale o tym innym razem.
A wy jaki seriale polecacie mi na długie zimowe wieczory?
Dzisiejsze popołudnie spędziliśmy w dzielnicy Wedding, na warsztatach i małych targach artystów Diorama. Przez cały dzień na tej imprezie można było uczyć się siotodruku, tanga czy wziąć udział w warsztatach CrossFit, ale my wybraliśmy się tam głównie w celu zakupienia plakatu Eboy do pokoju naszego syna. Zdecydowaliśmy się ostatecznie na grafikę przedstawiającą Berlin, chociaż inne są równie ciekawe i na pewno fajnie wyglądałyby w naszym mieszkaniu. W drodze powrotnej obowiązkowa wizyta na placu zabaw. P.S. zaglądnijcie na stronę Dioramy, znajdziecie tam dużo ciekawych prac.
Mój blog powstał kilka lat temu jako rodzaj platformy, na której prezentowałam swoje poczynania w świecie mody. Przez te kilka lat zmienił swoją formę, tak jak zmieniło się moje życie. Zostałam mamą (to najważniejsze) i nie wykonuję teraz czynnie swojego wyuczonego zawodu, ale także zamieszkałam w najfajniejszym mieście świata, czyli w Berlinie (nie musicie się ze mną zgadzać). Moje zainteresowania jednak nie uległy zmianie. Jeśli jest taka możliwość staram się bywać na targach poświęconych modzie i współczesnemu designowi, zaglądam też na poświęcone tym dziedzinom strony internetowe. Ponieważ prowadzę bloga jestem często bywalczynią blogów innych autorów. Dzisiejszy post będzie krótką listą 5 blogów modowych, na które zaglądam z przyjemnością, uważam za godne uwagi i polecenia (kolejność przypadkowa).
1.Advanced Style. Przed tymi paniami, fotografowanymi przez Ari Seth Cohena, nawet najpopularniejsze szafiarki powinny złożyć ukłon. Autor bloga przemierza ulice Nowego Jorku i fotografuje dobrze, ciekawie, czasem ekscentrycznie ubrane dojrzałe panie. Ich styl na pewno można określić jako niepowtarzalny. Niektóre z pań na stronie pojawiają się regularnie, co tylko podkreśla fakt, że zabawa stylem może być niezależna od wieku.
żródło: http://advancedstyle.blogspot.de/
żródło: http://advancedstyle.blogspot.de/
Cieszy mnie fakt, że powstał dokument o bohaterkach bloga, trailer możecie zobaczyć tutaj:
2. Style Bubble czyli blog Susanny Lau, która mówiąc najprościej ma nosa do tego co dobre. Susie wyszukuje młode talenty, głównie pojawiające się na londyńskim rynku i prezentuje ich możliwości w bardzo smaczny sposób. Podoba mi się zarówno styl autorki jak i strony, na której znajdziecie bardzo dużo ciekawych zdjęć. Jeśli nie chcecie przepaść na kilkadziesiąt minut scrollowania to lepiej tam nie wchodźcie.
3. Coeurs de foxes prowadzi Kasia, dziewczyna, której udało się za pomocą zdjęć swoich stylizacji podbić nie jedno serce. Ja na bloga z liskiem zaglądam ponieważ podziwiam konsekwencję autorki w tworzeniu kolejnych sesji zdjęciowych, podoba mi się styl i sposób w jaki autorka jedna sobie fanów. Zaliczam ten blog także do szczególnych bo pokazuje, że pomimo choroby można żyć swoją pasją.
źródło: http://coeursdefoxes.blogspot.de/
4. Park & Cube to wpradzie bardziej blog lajfstajlowy, ale prowadząca go Shini Park jest moim zdaniem ikoną stylu. Przepiękne zdjęcia i przyjemna treść. Muszę wspomnieć, że Shini jest uzdolniona plastycznie i na stronie znajdziecie inspirującą zakładkę DIY, z super pomysłami. Ja uwielbiam jej tablice na pinterest.Ciekawostką jest fakt, że autorka urodzona w Seulu część swojego dzieciństwa spędziła w Polsce, do której często powraca.
5, The Cherry blossom girl, czyli Francja elegancja w dokładnym tego powiedzenia znaczeniu. Elegancka Alix pokazuje swoim czytelnikom wszystko co piękne i francuskie. Mam do tego bloga sentyment, bo śledzę go od początku czyli od 2007 roku.
Jesień! Nareszcie! Sezon ogórkowy można uznać za zamknięty. Miasto z w połowie opustoszałego znów tętni życiem, wydarzeniami kulturalnymi, a co za tym idzie kalendarz zapełnia się aż miło. Ostatni post na blogu jest z czerwca, przepraszam za to zaniedbanie (aż dziw bierze, że nadal tutaj zaglądacie), ale praktycznie całe wakacje zajęta byłam życiowo-zdrowotnymi perypetiami i częściej udzielałam się tu. Dopadł mnie też "szkodaczas" czyli szkoda mi czasu na spędzanie go przed komputerem, mam wtedy szczere wyrzuty sumienia wobec mojego syna.
Najbliższe plany to odwiedziny ABC, czyli Art Berlin Contemporary, kilkudniowych targów sztuki (nie wiem czy to określenie jest adekwatne), w czasie, których galerie (te znane i te mniej znane) prezentują pod jednym dachem swoje perełki, czyli najlepszych artystów. W zeszłym roku byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni, zarówno ilością jak i jakością prezentowanych prac. Moją faworytką została duńska malarka Mie Olise, na której malowane "z gestu" obrazy mogłabym patrzeć godzinami i bez końca zachwycać się swobodą jaka została w nich zachowana. Polecam stronę artystki, a mnie samej udało się zrobić takie zupełnie marne, ani trochę nie oddające piękna jej obrazów zdjęcia, które oczywiście wam pokażę:
A to mój ulubiony, ukradziony z internetu:
A, i jeszcze ten:
ABC odbywa się w ramach BerlinArtWeek, więc jeśli chcecie wiedzieć co słychać w sztuce współczesnej i zobaczyć na prawdę zadowalającą ilość obrazów, instalacji, rzeźb, performance, fotografi etc. to rezerwujcie bilet na Polskiego Busa tudzież pociąg, tudzież szukajcie blablacar na 16-21 września. Poniżej jeszcze kilka zdjęć na zachęte:
Dla bardziej dociekliwych zeszłoroczna edycja opisana tutaj