Od prawie pięciu lat mieszkam w Berlinie, który pod względem
kulinarnym jest mieszanką smaków praktycznie ze wszystkich zakątków świata.
Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, począwszy od wszystkich możliwych
kuchni azjatyckich, przez kuchnię
arabską, włoską, francuską, polską, rosyjską, amerykańskie burgery, na typowo
niemieckiej kuchni skończywszy.Klub Polki na Obczyźnie zaproponował by uczestnicy napisali
na temat nietypowych lub dziwnych zwyczajach kulinarnych w krajach
zamieszkania. Kuchnia niemiecka jest w dużym stopniu podobna do polskiej,
Niemcy jadają dużo mięsa, ziemniaków, kiełbasek, kapusty kiszonej, pieczywa, a
to wszystko popijają dużą ilością piwa. Ja chciałabym przedstawić dla Was,
najciekawsze, popularne w poszczególnych
regionach potrawy w formie Menu, a zatem:Pragnę zaprosić was drodzy czytelnicy do wirtualnej)
restauracji "U Steffena". Dzisiejsze menu skomponowane jest z przeróżnych
smaków, których wspólnym mianownikiem jest kraj pochodzenia: Niemcy.
Zacznijmy do
przystawki, na którą proponuję wam Löwenzahnsalat, czyli nic innego jak sałatkę z mlecza. To nietypowe danie
jest bardzo popularne w graniczącym z Francją Saarlandzie. Sałatka z mlecza
przygotowywana jest na różne sposoby, ja proponuję wersję z gotowanym jajkiem,
grzankami i sosem winegret.
Dań głównych zaproponuję kilka, każdy wybierze coś co mu najbardziej
odpowiada.
Jako, że Berlin jest mi najbliższy, pierwszy pojawi się Currywurst czyli
grillowana lub pieczona kiełbaska wieprzowa (w smaku dosyć podobna do naszej
białej kiełbasy) podawana z pikantnym sosem, na który składa się przecier
pomidorowy lub po prostu ketchup i bardzo duża ilość curry. Kiełbaskę można
zamówić z bułką lub frytkami, poczas zamówienia pada też pytanie, czy chcemy by
była w skórce lub bez. Danie to wymyśliła Herta Heuwer w 1949 roku. Co wyda się
wam zapewne interesujące to fakt, że nagrobek tej pani polecany jest na liście
100 obowiązkowych rzeczy, które należy zobaczyć w Berlinie. Jakoś mnie to nie
przekonuje, chociaż Currywurst jadłam już kilkakrotnie. Jak donosi Wikipedia,
rocznie zjada się w Niemczech 800 milionów porcji pikantnej kiełbaski. Macie
jednak ochotę na coś bardziej wyszukanego?
Zatem moja druga propozycja to Birnen, Bohnen und Speck, czyli tłumacząc
dosłownie gruszki, fasolka i boczek. Jest to typowa potrawa jednogarnkowa
(Eintopf), pochodząca z Hamburga, ale popularna praktycznie w całych północnych
Niemczech. Najważniejszą w tej potrawie jest sama gruszka, musi to być bowiem
grusza Konferencja, nie jest za słodka, ma też mniej soku, co podobno najlepiej
pasuje do gotowanego boczku. Nie wiem jak ten smak komponuje się z fasolką, ale
może macie ochotę spróbować i dowiem się po degustacji?
Jeśli odżywiacie się bezmięsnie kuchnia niemiecka, prócz słodyczy nie ma
za wiele do zaoferowania. Nasz restaurator Steffen także, dlatego trzecia
propozycja dania głównego też, będzie z mięsem. Jeśli poprzednie potrawy mogły
w jakiś sposób cieszyć oko, wywodzący się z Bremy Knipp już nie bardzo. To coś
w rodzaju kaszanki czy jak kto woli krupnioka, podawanej z Bratkartoffeln,
czyli pieczonymi, pokrojonymi w plasterki ziemniaczkami i ogórkiem kiszonym lub
konserwowym. W Dolnej Saksonii Knipp spotykamy także jako dodatek do chleba,
oraz chyba najdziwniejsza wersja to Knipp u boku musu jabłkowego. Pisząc ten
tekst uświadmiam sobie jak bardzo Niemcy lubią łączyć mięso z owocami.
W naszej restauracji nie powinno zabraknąć smaków prosto z DDR, a typową
potrawą z tamtego okresu jest Soljanka, nie tracąca swojej popularności do
dziś. Osobiście określam tę zupę trochę jako "przegląd lodówki", bo
można w niej znaleźć praktycznie wszystko. Zupa ta wywodzi się z Rosji, a jej
bazą jest bulion mięsny, rybny lub grzybowy, składniki zaś to cebula, pomidory,
ogórki kiszone, koncentrat pomidorowy, kawałki karkówki, kiełbasa lub inna
wędlina, czosnek, cytryna. Wyobraźcie sobie kwaskowatą, doprawioną papryką zupę
pomidorową, w której napotykamy przypadkowe składniki, a wasze wyobrażenie
będzie bliskie Soljance.
Czas na deser. Może po takiej ilości mięsa będzie wam trudno zmieścić coś
jeszcze, ale Steffen przygotował dla was coś wyjątkowego, a mianowicie Kalter
Hund, czyli Zimny Pies. Nazwa pobudzająca wyobraźnię, prawda? Zimny pies to nic
innego jak ułożone warstwowo herbatniki zalane masą czekoladową i mocno schłodzone
w lodówce, polski odpowiednik to chyba czekoladowy blok. Nazwa tego ciasta pochodzi
od jego formy jaka przybiera przez wyłożenie składników w foremce. Forma ta
przywodzi na myśl kształt wagonika używanego w kopalni, który po niemiecku nazywa
się po prostu Hunt. Inna teoria głosi, że w lodówce ciasto pokrywa się
delikatną rosą co przypomina zimny nos psa.
Lato w tym roku wyjątkowo nas rozpieszczało. Nie pamiętam kiedy ostatnio mieliśmy tak długo piękną, słoneczną pogodę. Jednakże wszystko co dobre, kończy się nieubłaganie i zostajemy skonfrontowani z nową rzeczywistością, w tym przypadku z zimną rzeczywistością. Od kilku dni wychodząc rano z domu udaję, że moja kurtka soft-shell jest super ciepła i wcale nie potrzebuję tego szaliczka z wełny merynosów, ale powiedzmy sobie szczerze przyszła i pora na ciepłe majtki. Dziś przyszło mi do głowy, że jeśli będę myśleć o nadchodzącej aurze pozytywnie, wszystko przebiegnie bezboleśnie, a oto 5 rzeczy, które pozwalają mi myśleć o zimie pozytywnie: 1.Spotkania ze znajomymi.Nareszcie nadszedł czas kiedy skończyły się urlopy, wyjazdy za miasto, wypady na weekend, bo jest ciepło i pięknie. Nadszedł czas jakby to potocznie ująć "siedzenia na dupie", a co za tym idzie jest mnóstwo okazji, żeby nadrobić towarzyskie zaległości i spotkać się z wszystkimi, z którymi w porze letniej ciągle się mijaliśmy. Jak już kiedyś wspominałam, pomimo, że w Berlinie mieszkam dopiero cztery lata udało mi się poznać naprawdę fajnych ludzi, zarówno Polaków jak i ludzi z innych stron świata, często bardzo odległych. Chętnie i nadal utrzymuję kontakt z osobami, z którymi stawiałam pierwsze kroki w języku niemieckim. W tym, dopiero co rozkręcającym się sezonie mam już na koncie babski wieczór, w dosyć licznym gronie matek i nie-matek, z którymi można i poplotkować i powymieniać się typowo emigranckimi doświadczeniami.
2. Weihnachtsmarkt. W sklepach tzw. świąteczna atmosfera trwa praktycznie od końca września do Nowego Roku. Odnoszę wrażenie, że co roku, co raz wcześniej możemy zaopatrzyć się w pierniczki czy czekoladowe Mikołaje. W ogóle mnie to nie rusza, ale tę zimę pozwala mi przetrwać myśl o na pewno nie jednej wizycie na Weihnachtsmarkt, czyli jarmarku bożonarodzeniowym. Kufelek grzanego wina, prażone migdały w cukrze, pieczarki z czosnkiem i zasmażany jarmuż to rzeczy, które na pewno powinniście spróbować odwiedzając, któryś z jarmarków. Więcej o świątecznej atmosferze przeczytacie tutaj.
3. Weihnachtsfeier. Inna przyjemność,która pozwoli mi z nadzieję wyglądać wiosny to bożonarodzeniowe przyjęcie, czyli Weihnachtsfeier. Wspólne świętowanie, to obowiązkowy punkt praktycznie w każdej firmie. Czas kiedy widzi się swoich współpracowników z mniej minorową miną, a szef ze srogiego dyktatora staje się (często za pomocą grzanego wina) potulnym misiem. Jest to również okazja, by odświętnie się ubrać, zatem kolejną przyjemnością mogą okazać się zakupy. W tym roku jak i w zeszłym czeka nas także przyjęcie w przedszkolu naszego syna. Wspólne śpiewanieO Tannenbaum i szeregu innych świąteczno-zimowych pieśni to zawsze frajda zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych.
4. Seriale. Przyznaję się bez bicia, seriale oglądam przez cały rok. Co nie zmienia faktu, że na wiosnę, czy w lecie bliżej jest mi do parku, niż do siedzenia przed telewizorem lub komputerem. Jesień i zima to jednak czas kiedy wychodzę z domu tylko kiedy bezwzględnie muszę, dlatego jest i okazja, żeby zobaczyć coś ciekawego. Tej jesieni oglądam serial Younger. Trochę zabawne, trochę naiwne, trochę modowo jak Gossip Girl, ale bez gadania o zdradzie. Trochę cięższy klimat ma American Crime. Obecnie oglądam drugi sezon i muszę przyznać, że wciąga tak samo jak pierwszy. W roli głównej niesamowita Felicity Huffman.
5. Glühwein, czyli grzane wino, którego już sam zapach przyprawia mnie o dobry humor, a żaden zimny i szarobury wieczór nie jest mi straszny. W sklepach mamy szeroki wybór tego napoju, a ja lubię sobie dorzucić do niego trochę płatków migdałów.
Funkcjonujemy w świecie dynamicznych
przemian, w bardzo różnych dziedzinach życia, także w modzie.
Nasza rzeczywistość przyspiesza z dnia na dzień, a co za tym idzie
nasze otoczenie, ulega ciągłej modyfikacji. W łatwy sposób możemy
zmienić miejsce swojego położenia, udać się w podróż, zmienić
miejsce zamieszkana, wyemigrować. Wyruszyć z miejsca, które dobrze
znamy w takie, które będzie nam w pewnym stopniu lub całkowicie
kulturowo obce. Wraz z rozwojem naszej cywilizacji, coraz łatwiej
podejmować nam decyzje o zmianie miejsca zamieszkania, dosłownym
zanurzeniu się w zupełnie obce otoczenie. Po jakimś czasie,
świadomie lub zupełne nieświadomie nasiąkamy nowym miejscem,
zmienia się nasza mentalność, jak również styl życia, czy
wygląd zewnętrzny, a konkretnie ubiór. To zagadnienie interesuje
mnie najbardziej. Zadaję sobie pytanie, czy za kilkadziesiąt lat
sposób w jaki będziemy się ubierać będzie mógł jeszcze
cokolwiek powiedzieć o miejscu, z którego się wywodzimy? Czy w
dobie sieci odzieżowych wierne kanonon pozostają jedynie grupy
etniczne, których strój związany jest ściśle z wyznawaną
religią?
Na te oraz na szereg innych pytań
postaram się odnaleźć odpowiedź już w czerwcu, w trakcie
warsztatów, na które zaprosiło mnie stowarzyszenie agitPolska. W
trakcie trzech spotkań, nie będziemy skupiać się jedynie na
teorii, ale przede wszystkim tworzyć wspólne projekty. Jeśli masz
od 16 do 27 lat zapraszam Cię serdecznie na wspólną przygodę z
modą, weź udział w dyskusji, warsztatach i stwórz razem z nami
berlińską sylwetkę przyszłości. W trakcie zajęć, które odbędą
się 9.06, 16.06, i 30.06, w godz. 18-21 będziemy wspólnie tworzyć
mini kolekcję inspirowaną przenikającymi się w Berlinie
kulturami. Jeśli jesteś zainteresowany(a) czekamy na Twoje
zgłoszenie pod adresem: wirhier@agit-polska.de Udział w wydarzeniu jest BEZPŁATNY!
Skończyłam
niedawno lekturę najnowszej książki autorstwa Michaela Houellbecq'a
pt. Uległość. Po raz kolejny autor przeszedł samego siebie w
tworzeniu jak ja to nazywam charakteru obojętnego, chociaż może w
tym przypadku bardziej uległego. Lektura dołująca jak praktycznie,
każda wychodząca spod pióra Enfant terrible współczesnej
literatury francuskiej, jednakże tym razem zdarzyło mi się
kilkakrotnie parsknąć śmiechem, bo jego nihilizujące teksty w
moim przekonaniu stają się, na swój sposób dosyć kuriozalne. Nie
chciałabym, żeby ten tekst okazał się streszczeniem, ograniczę się
zatem, do tego co możecie wyczytać przed lekturą w internecie lub
prasie. Uległość zaliczyłabym do mieszanki political fiction i
swoistej analizy socjologicznej współczesnego, czy może raczej
przyszłego (akcja książki odbywa się po 2020 roku) społeczeństwa
francuskiego, które musi zmierzyć się z faktem, że władzę w ich
kraju obejmuje Bractwo Muzułmańskie, a co za tym idzie, pojawia się
szereg zmian, np. w szkolnictwie wyższym ( z tej, też perspektywy
opowiedziana jest historia, bowiem główny bohater jest wykładowcą
literatury francuskiej).
Jak zwykle Houellebecq dokonuje w bardzo
zimny i dosadny sposób oceny kondycji współczesnego społeczeństwa
należącego do kultury zachodu. Pokazuje stan uśpienia w jakim
żyjemy, czy może raczej znieczulenia i absolutny konformizm. Za
każdym razem zadaję sobie pytanie: czy autor powinien zaliczany być
do grona moralistów czy nihilistów? Skłaniałabym się ku temu, że
przejawia cechy obydwu postaw. Bohaterowie powieści Francuza to
niewątpliwie postaci tragiczne, które żyją w świecie pozbawionym
jakiejkolwiek duchowości czy zasad moralnych. Są ludźmi
wykształconymi, często na wysokich pozycjach, jednak cała ich
egzystencja sprowadza się do zaspokajania najprostszych potrzeb.
Popadają w stany depresyjne, nie widzą dla siebie nadziei, żadnego
sensownego rozwiązania, pomysłu na życie, ogarnia ich stan
zupełnego znieczulenia. Houellebecq pokazuje, że ten stan analgezy
(znieczulenia) spowodowany jest laicyzacją zachodniego
społeczeństwa, odtrąceniem wszystkich ideałów. Problemu
doszukuje się także w mieszance kulturowej, jaka ma miejsce w jego
ojczyźnie. Często za takie podejście jest bardzo krytykowany, co
nie zmienia faktu, że zdanie i spojrzenie pisarza na pewne sprawy
bardzo liczy się w współczesnej Francji.
Dlaczego
w tytule tego postu pojawia się słowo koniunktura? Książki
Houellebecqa stały się niezwykle poczytne w ostatnim czasie. Z
bohaterami, których kreuje autor możemy próbować się
identyfikować, lub czuć do nich najprostszą niechęć i odrazę.
Te przesiąknięte nihilizmem postaci przyciągają coraz większe
rzesze czytelników i tym samym rodzi się pytanie, czy autor z poczucia
pustki, wyobcowania i braku sensu życia nie stworzył dla siebie
gotowej recepty, by osiągnąć finansowy sukces. O co często jest
posądzany przez krytyków.
Miłośników
Cząstek elementarnych czy Platformy skłaniam do podobnej
refleksji, a ciekawskim, którzy nie zetknęli się jeszcze z autorem
zachęcam do lektury.
Klub Polki na Obczyźnie podsunął mi pomysł, aby na moim blogu powstał tekst o Pradze. Jest to nie lada wyzwanie, z samej racji faktu, że stolicę Czech, z powodu wielu odwiedzić znam dosyć dobrze, a co za tym idzie trudno mi będzie wyłuskać the best of. Ostatnio spędziłam tam Święta Wielkanocne, o czym, można przeczytać na moim bardziej prywatnym blogu, o tutaj, wyjazd w porównaniu do poprzednich był krótki, ale treściwy w zachwyty, jak to zwykle w przypadku tego przepięknego miasta bywa. Zapewne planując wyjazd do stolicy naszych południowych sąsiadów zadajecie sobie pytanie, jaki miesiąc wybrać. Obawiam się, że nie ma to znaczenia, bo miasto zawsze, nawet w największy styczniowy mróz jest pełne turystów. Zważywszy jednak na fakt, że 90% atrakcji znajduje się na zewnątrz najlepiej będzie pojechać wtedy, kiedy jest ciepło, także wiosną i latem będziemy mieli okazję podziwiać piękno praskich ogrodów, które obok zapierającej dech w piersiach architektury są ogromną zaletą. Jeśli chodzi o zakwaterowanie, w tym przypadku nie udzielę Wam żadnych rad, ponieważ sama najczęściej korzystam z najtańszej opcji, czyli noclegu w akademiku, którego koszty są bardzo niskie (ok. 30 zł osoba/noc). Miasto posiada bogatą ofertę hoteli, hosteli etc.a w dzielnicach na obrzeżach np.Troja znajdują się nawet pola namiotowe czy ośrodki ze stanowiskami dla podróżujących z campingiem. W tym temacie każdy znajdzie coś dla siebie, a jeżeli jesteście z tych, którzy lubią wydać więcej na dobre jedzenie, niż na luksusowe spanie polecam biuro podróżyWirtualna Praga (korzystałam już kilka razy). Stolica naszych południowych sąsiadów jest niewielka, dobrze skomunikowana, praktycznie wszędzie można dotrzeć tramwajem lub autobusem, a do najważniejszych miejsc metrem, które posiada w chwili obecnej 3 linie.
Osobiście lubię wysiąść gdzieś kilometr od centrum i spokojnym spacerem przejść szlakiem najciekawszych miejsc, a takich szlaków w Pradze, pomimo jej rozmiarów jest bez liku. Wędrówkę można zacząć od Hradczan, czyli dosyć wysokiego wzgórza, po zachodniej stronie Wełtawy, gdzie znajdują się najważniejsze budowle: kompleks zamku królewskiego, katedra św. Wita, Loreta (kompleks barokowych budynków sakralnych) i słynna Złota Uliczka, która moim zdaniem jest mocno przereklamowana. Zdecydowanie ciekawszy jest troszkę oddalony na zachód Nowy Świat (Nový Svět).
Ze wzgórza można zejść schodami, które znajdują się dokładnie na wschód od całego kompleksu, zaraz za Muzeum Zabawek, a z których roztacza się wspaniały widok, między innymi na część królewskich ogrodów. Jeśli mamy dużo czasu możemy zajrzeć do wszystkich, jeśli zaś jesteśmy głodni wielu atrakcji, a czasu jest niewiele polecam wejść do Valdštejnská zahrada (wejście znajduje się zaraz przy stacji metra Malostranska, od ulicy Letenska ). Latem, wieczorami odbywają się tutaj koncerty muzyki klasycznej, a w ciągu dnia możemy zobaczyć spacerujące wśród perfekcyjnie zadbanej roślinności pawie.
Z ogrodów mamy już niedaleko do Mostu Karola, na który możemy się dostać albo od strony Malostranskie Namesti lub od ciągnącej się wzdłuż rzeki ulicy U lužického semináře, gdzie po drodze znajdziemy Muzeum Franza Kafki, a na jego dziedzińcu chętnie fotografowaną przez turystów Pissing Fountain. Przejście przez most Karola to średnia przyjemność, biorąc pod uwagę tłum jaki nim podąża, oczywiście można przyjść o 6 rano, wtedy nie ma nikogo (sprawdziłam), ale to także urok miasta i naszych czasów, mam na myśli tych wszystkich ludzi, którzy tak samo jak ty zapragnęli zrobić sobie na Moście Karola selfie z praskim Hradem w tle. Mostem Karola przedostajemy się na drugą stronę rzeki i tym samym na stare miasto, któremu powinniśmy poświęcić co najmniej jeden dzień naszej wycieczki. Przytulnymi, wąskimi uliczkami przedostaniemy się na Rynek Staromiejski, gdzie możemy bez końca podziwiać architekturę z różnych okresów. Na szczególną uwagę zasługująKościół Najświętszej Marii Panny przed Tynem i przyciągający turystów Zegar Astronomiczny (Pražský orloj), skonstruowany w 1410 roku. Centralną część rynku zajmuje pomnik reformatora Jana Husa, ważnej postaci w historii Czech.
Rynek warto opuścić ulicą Celetná, która prowadzi przez Bramę Prochową (Prašná brána) do mojego ulubionego secesyjnego budynku czyli Domu Miejskiego. Budowla zapiera dech w piersiach i mogłabym na nią patrzeć godzinami. Możecie o niej poczytać tutaj, a dla amatorów kina nadmienię, że w restauracji, która znajduje się na parterze budynku kręcono sceny z "Obsługiwałem angielskiego króla", filmu na podstawie powieści Bohumila Hrabala. Wspominając o Hrabalu przyszło mi do głowy, że mogłabym zrobić osobny post o praskich pivnicach, nie nie chodzi mi o piwnice, bo piwnica po czesku to sklep, a sklep to potraviny... a pivnica to coś w rodzaju pubu, z prawdziwą czeską atmosferą, barmanem z wąsami i kranikiem do przemywania kufli po piwie. Najbardziej znana to U zlateho tygra,gdzie piwo lubił wypić sam Hrabal. Czasami wydaje mi się, że w praskich pivnicach czas się zatrzymał dawno temu i dlatego mają taki fajny urok. Kelner zazwyczaj jest pozornie strasznym gburem, który staje się bardziej przyjazny z każdym kolejnym, wypitym przez nas piwem. Na stole zawsze znajdzie się karteczka, na której będzie stawiał kreski (wypite przez nas piwa) i notował co zamówiliśmy, często po 3 piwach przed nami pojawia się bez zamówienia kieliszek śliwowicy albo Beherovki. Jak to mówią Czesi, dla zdrowia. Nie wypada odmawiać wypicia, zazwyczaj bardzo małej porcji, a czego na pewno nie wolno robić to przelewać piwa z kufla do kufla, dla naszych południowych sąsiadów jest to profanacja, tak jak dolewanie do piwa soku. W miejscach typu U zlateho tygra, lub U Hrocha można też dobrze zjeść. Na mały głód, dla amatorów serów polecam Pivny Syr z cebulą i musztardą albo Nakladany Hermelin, czyli ser pleśniowy, marynowany w oliwie, z papryką chilli i cebulą. Na duży głód najlepszy jest stek wieprzowy z sałatą ziemniaczaną, lub chyba najprostsze z czeskich dań: smażona kiełbasa. Kiedy już się najemy i wypijemy zimne piwo prosto z kufla warto ruszyć w kierunku na tzw. Vaclawak, czyli Václavské Námesti, plac a w zasadzie szeroka ulica, wzdłuż, której stoją imponujące kamienice, a która zakończona jest gmachem Muzeum Narodowego, przed którym stoi pomnik władcy Czech, Św. Wacława. Na Vaclavaku tętni życie zarówno za dni jak i nocą, często u zakończenia placu organizowane są różnego rodzaju jarmarki, poza tym sama ulica ma charakter typowo handlowy. O Vaclavaku ciekawie pisze Mariusz Szczygieł: Vaclavske Namesti to Pola Elizejskie Europy Środkowej. Tu są najdroższe sklepu, hotele i restauracje, ale i kioski z najtańszym jedzeniem (...). Tutaj pod pomnikiem św. Wacaława na koniu zaczęła i skończyła się aksamitna rewolucja. Tutaj w hotelu Zlata Husa J.Ch. Andresen napisał "Księżniczkę na ziarnku grochu". Komunistyczne władze- jak pamięta znawca Pragi, Leszek Mazan- właśnie na tym domu, w którym powstała ta jedna z najpiękniejszych baśni o klasie próżniaczej, umieściły hasło "Ze związkiem Radzieckim po wieczne czasy." (I ani chwili dłużej- dodawał naród).
Nim zwiedzimy plac warto zajrzeć do Pałacu Lucerny, ale o tym i o innych atrakcjach stolicy Czech napiszę w drugiej części mojego skromnego przewodnika.
Wraz z nadejściem ciepłych dni przybywa odwiedzających do Berlina turystów. Jeśli też planujecie się tutaj wybrać i będzie to wasza pierwsza (lub kolejna) wizyta pozwolę sobie polecić kilka miejsc, w których można dobrze i za przystępną cenę zjeść. Berlin to jedno z najbardziej tureckich miast w Niemczech, zacznę więc od wizyty na Kreuzbergu. Kiedy będziecie mieli już za sobą wycieczkę alternatywny Berlin warto pozostać w tej części miasta by dobrze zjeść. Jeśli macie ochotę na chrupiący falafel podany z warzywami, zieloną pietruszką i sosem sezamowym to odwiedźcie koniecznie Maroush przy Adalberstrasse 93 (U-Bahn: Kottbusser Tor). Pozostając w arabsko-tureckich klimatach całkiem niedaleko Maroush bo przy Oranienstrasse 196 (Heinrichplatz) w ibisie 1001 Falafel zjecie smażony ser Halloumi, który na talerzu znajdzie się z dużą ilością humusu, warzywami i pieczywem. Na dłuższą wizytę w większym gronie i w przytulnej atmosferze poleciłabym Baraka. Wspomniane wcześniej dwa miejsca to typowe Imbissbude natomiast Baraka znajdująca się przy Lausitzer Platz 6 (U-Bahn:Goerlitzer Bahnhof) to restauracja z prawdziwego zdarzenia. Tutaj zjemy potrawy marokańsko-egipskie. Za niewielką cenę (jeśli dobrze pamiętam jakieś 20 euro) możemy zamówić tacę na 2 lub więcej osób, na której znajdą się różne potrawy, sosy, podane z ryżem i kuskusem. Warto wspomnieć, że w Baraka zachowano proporcję między daniami mięsnymi, a wegetariańskim, dlatego pożywnych dań mogą spokojnie szukać tutaj osoby nie jedzące mięsa.
Kreuzberg to nie tylko kuchnia arabska. Imprezując w tej części miasta w dobrym tonie jest wyskoczyć w środku nocy do Angry Chicken na porcję smażonego koreańskiego, pikantnego kurczaka. Miejsce w chwili obecnej jak najbardziej "in". Właściciel, który posiada także popularną restaurację Kimchi Princess musiał dużo zainwestować w promocję ponieważ był moment, że o Angry można było przeczytać wszędzie, a popularny program Galileo zaliczył to miejsce do jednego z najlepszych i najciekawszych fastfoodów Berlina.
Pozostając w klimatach kuchni koreańskiej, ale zdecydowanie opuszczając Kreuzberg zaprosiłabym was do restauracji w samym sercu Berlina zachodniego, a mianowicie do Arirang na Uhlandstr. 194 (U-Bahn/S-bahn: Bahnhof Zoo). Restauracja słynąca kiedyś z dosyć kontrowersyjnego wystroju (wcześniej znajdowała się w dzielnicy Wedding) zmieniła swoje oblicze, ale nie zmieniła kuchni, nadal serwuje niesamowite ilości grillowanego mięsa, podobnie z resztą jak wspomniana wcześniej Kimchi Princess, jednak w o wiele bardziej przystępnej cenie. Porcja Barbecue, którą najedzą się spokojnie 3 osoby kosztuje tutaj 20 euro. Dodatkową atrakcją jest fakt, że potrawa powstaje przy naszym stole (możemy ale nie musimy grillować sami). Może to zabrzmi śmiesznie, ale ja najbardziej lubię serwowane przez Arirang przystawki, czyli pieczone ziemniaki z miodem, czy pikantną kapustę kimchi. Wracamy jednak na wschód, czyli mój ukochany Prenzlauer Berg. Berlin to nie tylko mieszanka kuchni całego świata, ale także tradycyjna kuchnia niemiecka, która zupełnie nie wiem dlaczego ma wśród europejskich smakoszy złą opinię. Żeby zjeść coś tradycyjnego zajrzyjcie do Imbiss 204 przy Prenzlauer Alle 204. To bardzo małe, ale odwiedzane chętnie przez ludzi pracujących w okolicy miejsce serwujące tzw. Tagesmenu, czyli codziennie zjecie tam coś innego. Ja osobiście jestem fanką pieczeni wieprzowej podanej z kluskami i czerwoną, zasmażaną kapustą. Ostatnio to niepozorne miejsce znalazło się w 10 najlepszych restauracji z niemiecką kuchnią w Berlinie. Pozostając w niemieckich klimatach, zupełnie niedaleko, bo zaledwie dwa przystanki tramwajem (M 10) przy stacji U-Bahn: Eberswalder Str. znajdziecie istniejący tutaj od 1960 roku Konnopke's Imbiss specjalizujący się w klasycznym, berlińskim Currywurst. To tutaj pieczoną kiełbaskę z frytkami jadł sam Anthony Bourdin. Jeżeli po frytkach przyjdzie wam ochota na coś słodkiego, to przejdźcie się koniecznie schodzącą w dół, w stronę dzielnicy Mitte ulicą Kastanienalle, a po drodze pod numerem 54 znajdziecie kawiarnię Glücklich am Park, w zasadzie powinnam napisać, że ją wyczujecie bowiem zapach gofrów unosi się w powietrzu już kilkadziesiąt metrów wcześniej. Warto dodać, że Glücklich am Park, to filia znajdującego się kilka przecznic wcześniej conceptstoreKauf dich Glücklich. Połączenie słodkości i mody jest w tym miejscu rzeczywiście szczęśliwe (Glücklich-szczęśliwy). Polecam, szczególnie jeśli Berlin będziecie odwiedzać z dziećmi.
Właśnie sobie zdałam sprawę z tego, że mogłabym tak pisać bez końca. Zakończę więc w tym miejscu, a za jakiś czas zrobię update. Jeśli macie jakiekolwiek pytania związane z Berlinem, a sądzicie, że potrafiłabym udzielić odpowiedzi to walcie śmiało, w komentarzach albo na facebooku.
Kiedy miałam 14 lat z wielką namiętnością przeglądałam magazyn Viva, który w owym czasie bazował głównie na drukowaniu zagranicznych zdjęć. Kidy trafiały się takie autorstwa np. Annie Leibovitz albo Mario Testnio w ruch szły nożyczki, a wycięte i włożone starannie w plastikowe koszulki fotografie trafiały do specjalnego segregatora. Pamiętam, że robiłam to z zachwytu i pewnie też z racji dużego zainteresowania fotografią. Nie pamiętam już dokładnie co najbardziej urzekało mnie w tego typu zdjęciach. Wiem natomiast, że obecnie nie pałam już do nich takim entuzjazmem. Nie zmienia to faktu, że fotografia nadal pozostaje w polu moich zainteresowań, dlatego niedawno wybrałam się do Kulturforum na wystawę In your face, prezentującą pełen przekrój twórczości peruwiańskiego fotografa. Wystawa to 125 kadrów działających na odbiorcę przede wszystkim swoimi rozmiarami, wspaniałymi kolorami i charakterystyczną dla Testino treścią. Możemy podziwiać zdjęcia mody, a także znanych osób takich jak Brad Pitt, Jenifer Lopez czy Claudia Schiffer. Wszyscy są młodzi, piękni i wyglądają jakby życie było tylko i wyłącznie świetną zabawą. No może poza zdjęciem liderów The Rolling Stones, bo akurat oni na zdjęciu Testino ani nie są młodzi, ani piękni aczkolwiek świetnie się bawią. Obcowanie z tego typu fotografią, to dla mnie krótka wizyta w bajce, ale także możliwość zobaczenia prawdziwych klasyków jak np. słynne zdjęcia Kate Moss. Wystawa trwa do 26 lipca macie więc jeszcze dużo czasu, by spróbować tego swoistego "dolce vita".
Przez długi okres mojego pobytu w Dojczlandzie zaglądanie na tutejsze portale/blogi/etc. miało dla mnie tyle sensu co odpalanie teledysków z youtube, które jeśli nie masz zainstalowanego oprogramowanie kilkakrotnie spowalniającego twój komputer po prostu są dla ciebie niedostępne. Wraz z nabyciem i obyciem językowym zaczęłam chcąc/nie chcąc tu i tam zaglądać. Niemcy z reguły wydają mi się ultra sztywni i niedostępni dlatego na początku trudno było mi uwierzyć w ich poczucie humoru. Miałam wątpliwości dopóki nie poznałam postaci, które kreuje Martina Hillw programie składającym się ze skeczy o wdzięcznym tytuleKnallerfrauen. Początkowo skecze oglądałam w telewizji, czyli rzadko, potem z przyjemnością odkryłam, że program ma swój kanał na youtube. Skecze przypominają mi trochę brytyjską serię Smack the Pony (polski tytuł brzmiał zdaje mi się Końskie zaloty). Kto posiadał kiedyś telewizję Wizja 1, na pewno przypomni sobie o czym mówię.
Skecze Martiny są jednak prostsze i nie mają, aż tak dużej dawki abstrakcji. To mój ulubiony:
A ten jeśli kumacie trochę niemiecki:
Prawdziwą gwiazdą internetu reprezentująca młode pokolenie jest niewątpliwie Simon Desue, który swoją popularność zdobył nagrywając na początku krótkie filmiki. Komediant z Hamburga dosadnie komentuje najnowsze wydarzenia w popkulturze, a całość jego twórczości ma charakter tak ostatnio często analizowanej (za sprawą pewnej polskiej artystki) beki. Toczy beke ze wszystkiego, ale najczęściej chyba z samego siebie, czym zdobył sobie dużą rzesze fanów. Ich ilość na fanpage, mówi sama za siebie. A dla was beka Simona z niemieckich muzyków, czyli oda do mleka:
Jeśli jesteśmy już przy piosenkach, to muszę wam powiedzieć, że w listopadzie spełniło się moje marzenie i byłam na koncercie Alexandra Marcusa, którego poznałam jeszcze przed wyjazdem w jego rodzinne strony. Nie wiem jak określić jego twórczość, sam artysta rodzaj muzyki, którą tworzy nazywa electrolore, co w zasadzie nim nikomu nie mówi, jak i sam artysta. Znam osoby, które dalej podejrzewają, że jest delikatnie mówiąc upośledzony, ale wierzcie mi po koncercie, na którym byłam ze znajomymi możemy być pewni, że nie jest. Całość pomimo faktu, że Alexander pisze piosenki o kanapkach czy ulubionym psie jest bardzo dobrze wyprodukowana i widać, że człowiek zna się na rzeczy. Koncert był świetny, a jeśli nie znacie jeszcze Alexandra to poznajcie (na własną odpowiedzialność):
A tak było na koncercie:
Kończę tym fantastycznym wspomnieniem i pragnę nadmienić, że W czeluściach niemieckiego internetu będzie pojawiało się tutaj cyklicznie, niech no tylko coś ciekawego dla was znajdę. Dobranoc.
Wiem, wiem zaniedbuję tego bloga dosyć znacznie i za każdym razem dziwię się kiedy spoglądam na statystyki, że jednak ktoś tutaj zagląda, może z nadzieją, że pojawiło się coś nowego. Nadzieja nie umiera nigdy, dziś będzie post o berlińskiej marce, której siedzibę miałam okazję odwiedzić wczoraj z racji faktu iż 2015 rok zaczęłam poszukiwaniem jakiejś aktywności zawodowej. Pierwszego stycznia zamiast jak zwykle leczyć kaca zajmowałam się wysyłaniem swoich papierów do potencjalnych pracodawców i w ten oto sposób wczoraj znalazłam się w najruchliwszej części Mitte, gdzie życie toczy się zupełnie innym rytmem niż w pozostałych dzielnicach Berlina. Na rozmowę zostałam zaproszona w południe, ale od rana kosztowało mnie to wiele stresu. Zupełnie niepotrzebnie, bo już telefoniczny kontakt z projektantką Maike Dietrich był bardzo miły i na luzie. Firma, którą prowadzi projektantka ma dosyć przewrotną nazwę Maiami, jest to nic innego jak połączenie imienia projektantki i nazwy amerykańskiego miasta, które chyba każdemu kojarzy się ze słońcem, palmami i ogólnie rzecz biorąc wakacyjną sielanką. Berliński label na przekór tym skojarzeniom zajmuje się dzianiną, a konkretnie grubymi swetrami w odjazdowych kolorach. Proste formy działają wzorem, który nawiązuje w dużym stopniu do lat 80.
Marka obchodzi swoje dziesięciolecie i ma się całkiem dobrze prosperując głównie dzięki klientom z Japonii. Swoją drogą, jest to dosyć ciekawe, że większość berlińskich labeli celuje z powodzeniem w ten rynek. Może wynika to z większej otwartości u Japończyków na wszystko co nowe i nietypowe, a także z zasobności portfela (koszt swetra od Maiami to mniej więcej 300 euro).
Przygotowując się do rozmowy przeczytałam kilka wywiadów z projektantką i z przyjemnością odkryłam, że w jej pracy dużo inspiracji znajduje swoje miejsce w filmie. Zupełnie mnie to nie dziwi, bo cóż innego można robić dziergając na drutach (wszystkie rzeczy od Maiami są wykonane ręcznie) jak nie oglądać film lub ciekawy serial. W poprzednich kolekcjach widoczne są inspiracje takimi obrazami jak Love Story czy Park Gorkiego.
Firma należąca do Maike Dietrich ma szerokie plany, niedawno zrezygnowała z kolekcji letniej na rzecz dodatków do wnętrz i asortymentów dla dzieci. Koncept bardzo mi się podoba. Jeśli będziecie mieli kiedyś okazję to koniecznie wpadnijcie do butiku marki na Auguststr. 26.
http://www.vintagency.com/maiami/
P.S. Jeżeli czytacie po niemiecku to tutaj znajduje się ciekawy wywiad z projektantką.
P.S.2. dla ciekawskich: Dostałam się na staż do tej firmy, ale jeszcze nie wiem czy z niego skorzystam, bo jest małe biurokracyjne zamieszanie (jak to zwykle na niemieckiej ziemi).
Ten weekend będzie dla berlińczyków szczególny. Zbliża się bowiem 25 rocznica upadku Berlińskiego Muru. Muru, który stał w Berlinie dokładnie od od 13 sierpnia 1961 do 9 listopada 1989 i swoją konstrukcją rozdzielał świat zachodni od wschodniego. W związku z tą ważną rocznicą powstała w mieście bardzo ciekawa wizualnie i koncepcyjnie instalacja o nazwie Lichtgrenze. Na piętnastokilometrowym odcinku przebiegającym wzdłuż dawnego umocnienia postawiono w niewielkiej odległości ponad 8000 świecących, białych balonów. Każdy z nich niesie ze sobą historię patrona, osobę związaną z miastem, jego historią. Warto wybrać się w weekend zobaczyć instalację, rozpoczęcie uroczystości będzie miało miejsce dzisiaj t.j. 07.11 o godz. 17, a zakończenie w niedzielę t.j. 09.11 o godz. 19. Jeśli jesteście przypadkiem w Berlinie wybierzcie się w okolice Gedenkstaette Berliner Mauer, Checkpoint Charlie lub pod Bramę Brandenburską gdzie zaplanowano koncerty. Program znajdziecie tutaj.
Praktycznie co piątek ta sama śpiewka: dziecko już smacznie chrapie, jest godzina 21, a zatem wcale nie tak późno, wystarczająco dużo czasu by zobaczyć sobie jakiś film. Do wyboru telewizja, dvd albo internet. I tu zaczyna się problem, bo filmów ogrom, a na coś się trzeba zdecydować. Czy zobaczyć coś głupiego, nie wymagającego zaangażowania intelektualnego z oferty kablówki, czy może odkurzyć wreszcie 6 najlepszych filmów Hitchcocka, z których co jakiś czas zaczynamy oglądać M jak Morderstwo, by obudzić się w połowie i stwierdzić, że nawet nie pamiętamy, w którym miejscu zasnęliśmy. Żeby zobaczyć coś w internecie trzeba najpierw sprawdzić ile gwiazdek ma film na filmwebie, następnie zerknąć na recenzję by dojść do wniosku, że jednak to nie taki film chcemy oglądać. Jest już 22, jesteśmy poirytowani taką straszną stratą czasu/wieczoru (wypowiadam się tutaj jako rodzic, dla którego każda minuta kiedy dziecko śpi, a my jeszcze nie śpimy jest na wagę złota). I co robimy? Odpalamy serial.
Przeczytałam ostatnio w jakiejś mądrej gazecie zdanie "powiedz mi jaki serial oglądasz, a powiem ci kim jesteś" (no dobra to nie była żadna mądra gazeta tylko pewnie jakaś Polityka, czy inny Newsweek) i że w USA po serialowych preferencjach ludzie oceniają czy dana osoba jest dla nich interesująca czy wcale. Coś w tym musi być. Nie wiem jak ja wypadłabym w takiej analizie. Na pewno wśród fanów Gry o tron wypadłabym blado, bo nie byłam w stanie przejść nawet przez 15 minut odcinka. Za to wspólny język znajdę z osobami oglądającymi serial Mad Men(ogląda go połowa moich znajomych). Trudno w jednym zdanie co tak bardzo porywa w tej historii, może właśnie historia. Pamiętam jak w pierwszych dwóch seriach podobało mi się jak zostało pokazane "rónouprawnienie" panujące w przedstawianym w serialu czasie. Zachowałam też w głowie obraz kiedy rodzina głównego bohatera robi piknik, po czym wstają sobie zwyczajnie i odchodzą do samochodu zostawiając po sobie masę śmieci. Widocznie w tamtych czasach było to zachowanie zupełnie społecznie akceptowalne, tak jak palenie i picie w czasie pracy. Te szczególiki powodują, że serial jest po prostu super, a każdy inny traktujący o zamierzchłych czasach jest po prostu słabszą kopią.
Moim ostatnim piątkowym numerem jeden jest serialThe Knick z Clivem Owenem w roli głównej. Mroczny klimat nowojorskiego szpitala z początku XX wieku, odkrycia rewolucjonizujące medycynę, ukazanie niewyobrażalnych dla współczesnego człowieka warunków w jakich przeprowadzano operacje, a do tego lekarze uzależnieni od kokainy i siostry zakonne przeprowadzające po godzinach aborcje. Mieszanka wybuchowa. Jeśli jeszcze nie znacie to polecam. Na zachętę posłuchajcie soundtracku:
Często wolimy obejrzeć odcinek serialu bo jest krótszy od pełnometrażowego filmu i istnieje duże prawdopodobieństwo, że oglądając wieczorem dotrwamy do końca. Niestety, czasem treść wciąga tak bardzo, że tego samego wieczoru sięgamy po kolejne odcinki i nagle jest 4 rano. Pamiętam, że miałam tak z Trawką, gdzie w pierwszych dwóch sezonach na koniec każdego odcinka zadawałam sobie pytanie co zrobi Nancy Botwin? Odpowiedź okazywała się ciekawa przez pierwsze dwa sezony, później scenarzystom wyraźnie zabrakło pomysłów i całość nie była już taka fajna.
Opowieści w odcinkach wciągają nawet najbardziej opornych (mam takiego opornego w domu), który zaczął kątem oka oglądać ze mną Homeland i po jakiś czasie wciągnął się w poczynania irytującej bohaterki. Jednak po dwóch sezonach daliśmy sobie spokój, wydaje mi się, że autorzy zrobiliby lepiej też podejmując taką decyzję. Na pewno innego zdania jestem na temat twórców bijącego rekordy popularności House od Cards. Znakomita obsada aktorka i zapierający dech w piersiach wątek tej opowieści to tylko dwa z licznych pozytywów. Nic tylko zasiąść i oglądać. W piątek rzecz jasna, oczywiście jeśli nie macie śpiących za ścianą dzieci lepiej wyjść i spotkać się ze znajomymi albo poczytać książkę, ale o tym innym razem.
A wy jaki seriale polecacie mi na długie zimowe wieczory?
Dzisiejsze popołudnie spędziliśmy w dzielnicy Wedding, na warsztatach i małych targach artystów Diorama. Przez cały dzień na tej imprezie można było uczyć się siotodruku, tanga czy wziąć udział w warsztatach CrossFit, ale my wybraliśmy się tam głównie w celu zakupienia plakatu Eboy do pokoju naszego syna. Zdecydowaliśmy się ostatecznie na grafikę przedstawiającą Berlin, chociaż inne są równie ciekawe i na pewno fajnie wyglądałyby w naszym mieszkaniu. W drodze powrotnej obowiązkowa wizyta na placu zabaw. P.S. zaglądnijcie na stronę Dioramy, znajdziecie tam dużo ciekawych prac.