Kilka
dni temu spacerowałam z młodym po parku, oczekując aż mój luby
wyjdzie z gabinetu dentystycznego i jakież było moje zdziwienie, że
duża ilość liści leży już pod drzewami, a nie ładnie i zielono
sobie rośnie. Nie wiem gdzie się podziało lato, nie odnotowałam
wiosny, z wiosny pamiętam jedną wizytę w parku, jeszcze na
Weddingu, zaraz kiedy wzrosła temperatura i odtajała ziemia.
Pomyślałam wtedy, że to wspaniale, że zaraz będzie można
zrzucić płaszcz i spacerować w swetrze, a zaraz potem w samej
koszulce. Teraz znów trzeba kompletować garderobę jesienno-zimową,
na szczęście zima tutaj nie doskwiera tak bardzo jak np. na Śląsku,
ale nie o tym, nie o tym... miało być o tym jak ucieka czas i jak
coraz mniej go mam, a zajęć coraz więcej i boję się, że obudzę
się jutro i będę po czterdziestce. Marzy mi się rezerwa czasowa,
z której mogłabym czerpać i np. pisać coś tutaj albo dodawać
zdjęcia tutaj.
Nie wiem skąd biorą czas na blogowanie mamy, autorki blogów o
macierzyństwie, piszą nocą? Ich dzieci nie pragną ciągłej
uwagi, zabawy, czytania książeczek, układania wieży z klocków?
Zapewne jestem źle zorganizowana i ogólnie sobie nie radzę stąd
ten ciągły bieg, a może zamiast „siedzieć na necie” staram
się każdą możliwą chwilę spędzać z młodym, który
najprawdopodobniej już za miesiąc zacznie swoją przygodę ze
żłobkiem. Dziś np. odwiedziliśmy bardzo fajne miejsce, polecam
absolutnie każdemu, kto lubi spacerować i cieszyć oko zielenią.
Mówię o Gärten der Welt czyli
Ogrodach Świata. Internet mówi, że miejsce to zostało utworzone w
1987 z okazji 750-lecia Berlina. Podobno na początku było tam
zupełnie nieciekawie i zwyczajnie, a po upadku muru powstał
prawdziwy raj oddający charakter orientalnych ogrodów jakie możemy
spotkać w Chinach, Japonii czy Korei. O ogrodach możecie
przeczytać tutaj.
A ja mogę powiedzieć, że średnia wieku w tym miejscu to 130 lat,
zatem każdy o mentalności staruszka będzie czuł się tam jak w
raju. Wstęp 4 euro, dzieci poniżej szóstego roku życia
wchodzą za friko. Zapraszam do relacji foto:
piątek, 30 sierpnia 2013
W ogrodzie, czyli co robię kiedy nie piszę nowych postów.
Etykiety:
berlin
,
fotografia
,
Garten der welt
,
ogród
,
ogród chiński
,
ogród japoński
,
orientalnie
niedziela, 18 sierpnia 2013
Wakacje
W drodze znad morza (bardzo długiej drodze) odwiedziliśmy Ostrów Wielkopolski, gdzie znajduje się odrestaurowana bardzo ciekawa architektonicznie synagoga synagoga, która pełni rolę centrum kulturalnego. W ogóle miasteczko robi bardzo fajne wrażenie.
![]() |
| http://forumsynagoga.pl/ |
| pyszności z Tari Bari Bistro |
Etykiety:
manekin naleśniki
,
międzywodzie
,
off piotrkowska
,
parenting
,
park linowy
,
pogorzelica
,
polskie wybrzeże
,
synagoga ostrów wielkopolski
,
tari bari bistro
,
wakacje
,
wakacje z dzieckiem
piątek, 28 czerwca 2013
O miłości do rzeczy używanych, lumpeksach, pchlich targach i wędrującej odzieży.
Pamiętam lumpeksowy/ciucholandowy, czy jak kto woli to nazywać boom w Polsce. Pamiętam jak w czasach liceum opuszczałam lekcje w środku planu dnia i jeździłam z moim najlepszym kumplem przeglądać kilometry wieszaków w starej rzeźni, w poszukiwaniu spodni Dickies czy Levis, lub bluz Fred Perry, bowiem te najlepiej schodziły na Allegro. Z zainteresowaniem oglądaliśmy jak chmary babć w beretach biją się o „nowy wieszak”, który właśnie wyjechał z zaplecza i wyrywają sobie najgorsze ochłapy, sfilcowane poliestrowe sweterki i bluzki w kwiatki. Myślę, że fenomen lumpeksów troszkę się zmniejszył, w przeciągu kilku lat chodzenie po sklepach z używaną odzieżą stało się czymś w rodzaju ciekawej wycieczki, z przygodami, podczas, której można upolować wyjątkowe okazy, liczba osób, która handluje używanymi „firmówkami” na allegro wzrosła do takiej ilości, że zajęcie to przestało być atrakcyjne finansowo, a ludzie którzy odwiedzają second handy dzielą się na tych, którzy szukają rzeczy vintage i tych, którzy wolą wydać 5 złotych a nie 50 na bluzkę z H&M, która znudziła się komuś w innej części Europy i postanowił po jednym sezonie wrzucić ją do kontenera z odzieżą używaną.
![]() |
| fot. Michał Kasprzyk |
![]() |
| fot. Michał Kasprzyk |
![]() | |
| fot. Michał Kasprzyk. Więcej zdjęć: http://www.kasprzykowe.blogspot.com/ |
Z racji tego, że od jakiegoś czasu mieszkam w Niemczech doświadczam lumpeksowego boomu po raz kolejny, tym razem w odmiennym charakterze, ale od początku. Miałam ostatnio tę przyjemność uczestniczyć w wielkim pchlim targu, który odbywa się co tydzień w parku, w jednej z modniejszych dzielnic Berlina. Pierwszy raz brałam udział w roli sprzedającej, a nie snującego się od stoiska do stoiska klienta. Stojąc od świtu do późnego popołudnia wśród rzeczy z każdej kategorii oraz w tłumie z wszystkich zakątków świata doszłam do wielu fascynujących wniosków. To, że Niemcy są narodem oszczędnym wie każdy kto chociaż raz odwiedził ten piękny kraj, w jakimś sensie fakt, że są jedną z wiodących gospodarek w Europie, też z oszczędności wynika. Niezależnie od tego ile pieniędzy przeciętny mieszkaniec kraju zza Odry ma na koncie rozrzutnym nazwać go nie możemy. Dlatego też kwitnie tutaj handel wymienny, a także miłość do rzeczy używanych. Dochodzą do tego wysokie koszty utylizacji odpadów, dlatego zawsze zbędną rzecz lepiej sprzedać komuś, lub po prostu oddać za zwykłe „dziękuję”. Ale, ale, ale miało być o ciuchach , w dodatku wędrujących jak zapowiedziałam niedawno na facebook. Nazwałam je tak dlatego, bo przebywają ciekawą drogę: od kosza z używaną odzieżą w wybranym kraju UE, następnie skupowane są do Polski, w celu sprzedaży w ciucholandach, a w tych najlepsze okazy łowione są przez młodych i przedsiębiorczych Polaków by zaraz jako coś super vintage trafić na jedno z wielu targowisk w stolicy Niemiec, podejrzewam, że w innych miastach także. Interesujące jest szaleństwo w jakie wpadają kupujący, niektórzy już od 6 rano czyhają na najbardziej schodzone skórzane buty, okulary bez szkieł, albo paskudny sweter w tureckie wzory, zastanawiające są starsze panie (przykład z naszego stoiska), które znalazłszy bluzkę identyczną do tej, którą mają na sobie biorą w ciemno, nie sprawdzając nawet rozmiaru, po co? Tego nie wie nikt. Czy to się kiedyś Niemcom znudzi? Nie sądzę, kochają starzyznę, szukają rzeczy praktycznych, albo takich do których mają sentyment, które np. posiadali w przeszłości i chętnie posiądą po raz kolejny.
Wśród tych wszystkich ubrań,
bibelotów, mebli, śmieci znajdują się też prawdziwe perły, ja
sama natrafiłam ostatnio na stoisko Jiab, z używanymi rzeczami te
nadrukowane na torby i koszulki obrazy nie mają nic wspólnego, ale
zainteresowanie jest ogromne, zajrzyjcie koniecznie na stronę, a
będąc w Berlinie, do Mauerparku, może znajdziecie koszulkę, którą
wyrzuciliście do kosza z odzieżą kilka lat temu.
Etykiety:
lumpeks
,
mauerpark
,
michał kasprzyk fotografia
,
odzież używana
,
second hand
piątek, 7 czerwca 2013
Najzdolniejsi Vol.1: DIESING' wywiad z Agnieszką Diesing
Wracam po dłuższej przerwie spowodowanej przeprowadzką i tym samym rozpoczynam na blogu cykl wywiadów z najzdolniejszymi osobami, jakie miałam okazję dotychczas poznać, z którymi miałam okazję pracować i którym moim zdaniem należy się szczególna uwaga ponieważ w pewnym sensie stanowią przyszłość polskiej kultury, designu, mody, sztuki itd. Dziś spotkanie z Agnieszką Diesing, współczesną kobietą renesansu, enjoy:
Niedawno minął rok od twojej obrony na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, jak Ci minął ten czas, czy masz więcej czasu na pracę, czy z perspektywy czasu pójście na ASP to był dobry pomysł?
Niedawno minął rok od twojej obrony na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, jak Ci minął ten czas, czy masz więcej czasu na pracę, czy z perspektywy czasu pójście na ASP to był dobry pomysł?
W
momencie gdy decydowałam o
wyborze uczelni pójście na ASP było jedyną dobrą opcją,
co więcej zdałam za drugim razem i roczna
przerwa jeszcze bardziej umocniła mnie w postanowieniu, że muszę
na Akademii się znaleźć.
Rok
po dyplomie, nie zwalniam tempa cały czas się ścigam z
terminami, czasu na pracę jest
więcej, ale teraz
ciężko uporządkować dzień, studia robią to za ciebie,
działasz według planu, sama muszę decydować co kiedy robić żeby
było dobrze.
Jesteś twórczynią działającą na wielu polach,
zajmujesz się grafiką projektową, malarstwem, fotografią, video, która z dziedzin jest ci najbliższa,
która pochłania najwięcej czasu, która przynosi najwięcej
satysfakcji?
Najbliższe
są mi fotografia i
malarstwo, te zajęcia
przychodzą
mi najłatwiej, to
jest jak oddychanie, nie muszę nad tym siedzieć godzinami a
wiem, że jeśli poddam się intuicji to efekt będzie dla mnie
zadowalający.
Grafika
projektowa to dla mnie rzemiosło- daje mi pieniądze, ale
czasem przynosi wiele
trudu,
są momenty, gdy nie do końca czuję daną
rzecz, wtedy rezygnuję ze zlecenia lub szukam
rozwiązania mniej "projektowego". Wiem że doskonalenie
warsztatu nadal przede mną, są dziedziny, nad którymi muszę
popracować ale się nie zniechęcam. Od jakiegoś czasu zajmuję się
też video. myślę bardziej fotograficznie, komponuję kadry trochę
jak zdjęcia a potem w procesie
montażu pozwalam sobie na
szaleństwo, to mi sprawia ogromną frajdę bo robię
coś nowego i mogę łączyć zdobyte wcześniej doświadczenia
przygotowując np. krótkie promo video dla klubów itp.
![]() | |||
Trudno
jest być grafikiem w Polsce, jeśli tak to dlaczego?
Myślę,
że trudno, ale to też zależy w jakim środowisku się obracamy,
dla mnie były to zawsze bardziej środowiska niezależne, trochę
eksperymentalne, ale nawet gdy zdarzy mi się pracować przy
jakimś zleceniu dla korporacji, to zauważam że się
tej pracy nie docenia, jest to trudne bo ja muszę mieć
realny zarobek z tego co robię i tworzenie 10 rzeczy do portfolio na
niewiele się zda. Polacy nadal nie rozumieją że dla zrobienia
banalnego plakatu na wydarzenie muzyczne czasem muszę poświecić
cały dzień, i nie robię tego dla przyjemności, przyjemność to
produkt uboczny tego procesu,robię to aby
wypełnić oczekiwania klienta i otrzymać wynagrodzenie a nie bo "lubię rysować". Ręce opadają mi jak ktoś opisuje w mailu
co mam dla niego zrobić, a potem obraża się że chcę za to więcej
niż 100 zł. To oczywiście taki przykład, ale ludzie nie
rozumieją, że każde wygenerowanie czegoś, co ma postać wizualną
i swoją formę, wartość to też praca.
Jesteś
związana zawodowo z sopockim Sfinksem700, powiedz coś o swoim
mariażu z środowiskiem muzycznym, clubbingowym, czy zgadzasz się z
powszechną ostatnio opinią, że polski clubbing is dead?
W Sfinksie zaczynałam od zmywaka,właśnie w przerwie między liceum a
Akademią gdy miałam rok przerwy, praca
w klubie jakoś we mnie została, teraz dobrze
orientuję się w tych klimatach, poznałam pełno bardzo zdolnych
ludzi, którzy tworzą muzykę lub podają ją publiczności
w świetnej formie. Sfinks teraz jest dla mnie klubem w którym mogę
działać kreatywnie łącząc jego idee z komercyjnym
wymiarem tego miejsca. Nie zawsze się udaje ale bardzo się
staram,bo to miejsce ma w moim sercu szczególne miejsce, jak
i osoby z nim związane. Clubbing przeżywa teraz dziwny okres, nie
wiem czy jest dead ale na pewno ma się gorzej niż kilka lat temu,
może to przez mnogość tych wszystkich wydarzeń bez większej
wartości, ale może też ludzie zaczęli spędzać czas trochę obok
klubów, tu szukałabym przyczyny. Nie należy też zapominać o
komercyjnym wymiarze clubbingu teraz, kiedyś był
bardziej elitarny, wymagał czegoś od słuchacza, teraz schlebia
jego nie rzadko złemu gustowi.
Nie
ukrywam, że interesuje mnie Twoja współpraca z środowiskiem
modowym, same miałyśmy okazję współpracować, powiedz co Ci dają
sesje zdjęciowe i kręcenie modowych klipów, czy ma to jakiś wpływ
na twoją pracę jako grafika, czy są to zupełnie odmienne
historie?
Mój
romans z modą to nie jest łatwa rzecz. Jestem daleka od określania
siebie jako np. fotografa modowego, jest ich tak wielu tych dobrych i
tych złych. wiem, że się do nich nie zaliczam, lawiruję raczej
pomiędzy światem mojej fotografii która opiera się
głównie na portrecie i reportażu, a oczekiwaniami ludzi
związanych z modą. Oczywiście lubię od czasu do czasu zrobić
jakiś ciekawy lookbook, pomyśleć o tym niekonwencjonalnie, nie
skupiać się na upiększaniu i głaskaniu takich zdjęć na siłę,
ale też nie udziwniać, przesadzać, to mnie drażni gdy patrząc na
zdjęcia mające prezentować odzież nie wiem za bardzo o co chodzi.
Video
modowe to świetna sprawa, bliższe mi są te luźniejsze, wynika to
pewnie z tego że nadal potrzebuję doświadczenia, ale mam chęci na
coś ambitniejszego i wymagającego więcej pracy, podobnie jak ze
zdjęciami też raczej interesuje mnie coś pomiędzy pokazaniem
odzieży, a jakąś wizją ale w równowadze, bez przesady.
Wiem, że nikt nie lubi tego pytania, ale muszę je zadać (wcale nie muszę ale zadam) co cię inspiruje?
![]() |
| BOLA |
![]() |
| lookbook Anna Hipsz |
Wiem, że nikt nie lubi tego pytania, ale muszę je zadać (wcale nie muszę ale zadam) co cię inspiruje?
Nie
chcę wyjść na jakiegoś bufona ale malarstwo, każde, epoka nie
gra roli. Druga sprawa to internet, blogi typu tumblr, czasem można
znaleźć coś na prawdę nowatorskiego i się zainspirować. Trzecia
rzecz to znajomi, wiem że to może niepopularne, może nie powinnam
się przyznawać ale znam tyle bardzo zdolnych kreatywnych osób.
Wystarczy sobie pooglądać i już ma się power do działania. Nie
chodzi mi tu o cytowanie kogoś ale o to że czasem zamykamy się na
jakieś rzeczy niepotrzebnie,całe życie myślałam że ciapanie
akwarelami i wkładanie tego do plakatów
jest jakieś nieeleganckie, że powinnam robić wszystko na
krzywych,sztywno. Koleżanka rysowała w tym czasie rzeczy ołówkiem
skalowała je do odpowiednich rozmiarów i wkładała do swoich prac.
Wtedy pomyślałam, to daje
super efekt
, też spróbuję zrobić coś totalnie swojego i włożę to
do swoich projektów. Udało się !
Czy
masz jakichś mistrzów, ulubionych rysowników, grafików, artystów,
etc.?
Jeśli
chodzi o video to jestem aktualnie pod wrażeniem Vincenta Haycocka,
co do plakacistów strasznie cenię Dawida Ryskiego, Jacka
Staniszewskiego i Lecha Majewskiego, dwaj ostatni byli moimi
wykładowcami na Akademiach w Gdańsku i w Warszawie.
Plany
na przyszłość?
Plany
to trudny temat,trochę korci żeby wyjechać. Zakładam
działalność żeby zyskać więcej zleceniodawców, a reszta
planów? Jakoś to będzie, na razie jest tyle pracy, że nie
potrzebuję
konkretnego planu na przyszłość,
od czasu do czasu tylko obejrzę się za siebie i pomyślę : jest ok
i wracam do pracy.
Dziękuję Agnieszce za poświęcenie czasu, którego ma na prawdę bardzo mało, tym bardziej doceniam, że znalazła go troszkę dla mnie, Was zachęcam do zaglądania na fanpage Agnieszki (jeśli jeszcze tego nie robicie hehe),bloga na platformie tumblr, oraz do przeglądnięcia portfolio na Behance. Każdemu życzę tyle energii do pracy.
Etykiety:
agnieszka diesing
,
fotografia
,
grafika
,
malarstwo
,
sfinks 700
,
tumblr
piątek, 24 maja 2013
O zamiłowaniu berlińczyków do mody
Ostatnio z
portalu NaTemat dowiedziałam się, że berlińczycy są modowo
wyluzowani a Polacy czują głód marek hmm...Wnioski takie
wyciągnięto z posta, który umieściła na swoim fanpage
projektanta marki Patkas, który to następnie w artykule został
skomentowany m.in. przez Joannę Bojańczyk i Marcina Różyca.
Czuję, że muszę zabrać głos w tej sprawie, w sprawie tego
berlińskiego luzu, mody w stolicy Niemiec i stosunku Niemców do
mody ogólnie. Każdy kto w Berlinie był lub nie był wie, że jest
to miasto najmniej niemieckie ze wszystkich miast, nie żartuję,
ostatnio wyjechali ode mnie kolejni znajomi z „chciałbym/chciałabym
usłyszeć język niemiecki” na ustach, bo o to w wielu miejscach w
tym mieście czasem bardzo trudno. Ma to swoje wady i zalety, ale
miało być o modzie..., a ta mieszanka kulturowa ma na nią tutaj
ogromny wpływ. I od razu mogę powiedzieć, że to widoczne na
pierwszy rzut oka „wyluzowanie” jest po prostu niechlujstwem,
bowiem o modę dba tutaj naprawdę niewiele osób. Jak ktoś chce
zobaczyć ciekawie ubranych ludzi powinien przespacerować się po
Kreuzbergu, w okolicach baru Luzia przy Oranienstrase, nazywanego po
cichu mekką hipsterów, albo w niedzielę wybrać się do
Mauerparku, gdzie miejscowi modnisie prezentują swoje stylizacje na
największym w tym mieście pchlim targu. Prawdziwa francja elegancja
czy jak to mówią Niemcy shiki miki to Kurfürstendam, gdzie swoje
butiki mają marki luksusowe takie jak Gucci czy Jill Sander, ale to
wszystko kropla w morzu. Niemcy i przybywający tutaj, szybko
asymilujący się emigranci modę mają w nosie. Nigdzie nie
widziałam tylu fatalnych fryzur, źle dobranych fasonów, szpecących
tatuaży i pircingów w najdziwniejszych miejscach, zamiłowania do
najfatalniejszych rozwiązań z lat 80' i 90', modowych freaków.
Nie dziwi mnie już widok starszego pana w damskim futrze z lisa, z
wielkimi pozbieranymi w bufki rękawami przechadzającego się moją
ulicą, ani rodzina kowbojów (mama kowboj, tata kowboj, wujek też
kowboj i dziecko ku memu zdziwieniu ubrane normalnie) na izbie
przyjęć w jednym z miejskich szpitali. Wszystko jest tutaj do
przyjęcia i zaakceptowania i rzeczywiście ostatnią rzeczą o
jakiej myślą Niemcy są marki, to czy ktoś ma na sobie Huntery czy
kalosze z reala za 5 euro nie ma większego znaczenia. Odkąd tutaj mieszkam popularna strona
Faszyn from Raszyn przestała być dla mnie śmieszna, gorsze okazy widuję tutaj na codzień. Niezwykle
cieszy mnie, że w Polsce tyle osób chce dbać o swój wizerunek,
zwraca uwagę na to co zakłada i pragnie czuć się luksusowo, nawet
jakby tym luksusem miała być ZARA. Wkurza mnie, że markowe rzeczy
w naszym kraju są takie drogie, przez co mało osób ma do nich
dostęp, przyszłość widzę w sklepach internetowych takich jak
podbijające sieć Zalando, zresztą mające swoją siedzibę matkę
w Berlinie. Poniżej trochę berlińskiej mody.
A jakbyście byli ciekawi jak na berliński fashion week ubierają się blogerki to doskonałym przykładem są dziewczyny z This is Jane Wayne
Tak czy siak, każdy wie, że najmodniejszy w Berlinie jest Ali:
piątek, 17 maja 2013
Piekielnie zdolni z ASP Łódź
Dziś będzie o mojej Alma Mater, czyli Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi. Pomysł przelania na klawiaturę kilku refleksji absolwentki przyszedł mi do głowy na dniach, chyba wraz z wiadomością, że w łódzkiej Manufakturze można przyjrzeć się z bliska bardzo ciekawemu projektowi:Pracownia 240. Projekt, którego pomysłodawcami są prowadzący pracownię Małgorzata Czudak i Michał Szulc, a mający na celu prezentację prac studentów. Całość w dynamicznym charakterze częstej zmiany ekspozycji. Patronat nad tą bardzo fajną inicjatywą objęły branżowe media, włącznie z popularnym blogiem Harel. Ja sama nie mogę przyjrzeć się „wystawie” na żywo z tej prostej przyczyny, że Łódź opuściłam nie cały rok temu i trochę mi daleko i w tym momencie bardzo żałuję, ale jeśli wam w najbliższym czasie przyjdzie odwiedzić miasto znane z włókienniczej tradycji to koniecznie zajrzyjcie do Manufaktury.
Piszę o tym wszystkim dlatego, że Pracownia 240 jest mi szczególnie bliska, bowiem w ubiegłym roku stałam się jej absolwentką i w tym momencie, obserwując taką inicjatywę rozpiera mnie duma, ale może po kolei. Kilka dobrych lat temu kiedy zdawałam na łódzką uczelnię, wtedy jedyną, która pozwalała ukończyć kierunek „projektowanie ubioru” na poziomie studiów wyższych w tzw. „środowisku” uczelnia nie cieszyła się zbyt dobrą opinią. Miałam okazję wcześniej studiować na ASP w innym mieście i często napotykałam się z spojrzeniem pełnym politowania, kiedy mówiłam, ze w planie mam spróbować zdać do Łodzi. Sama nie byłam do końca przekonana, czy moja decyzja jest słuszna i czy po latach nie będę żałowała obrania takiej, a nie innej drogi. I teraz mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie żałuję. Moje zdanie, może nie zostanie podzielone przez wszystkich kończących mój kierunek, ale przyglądam się z ogromnym zainteresowaniem temu co dzieje się z absolwentami mojej Alma Mater, nie tylko Pracowni 240 i nie mam wątpliwości, że pomimo wielu minusów, czy zwyczajnych uczelnianych upierdliwości (nie potrafię tego inaczej nazwać) w trakcie studiów, dzieje się z nimi wiele dobrego, pracują w zawodzie w dużych polskich i zagranicznych koncernach, otwierają własne firmy/labele, zdobywają stypendia zagraniczne, są zapraszani do wielu ciekawych projektów etc. Oczywiście wiele zawdzięczają tylko i wyłącznie sobie, ale duży procent tego, co potrafią, na czym bazują zawdzięczają takim miejscom jak Pracownia 240 czy równie rozwijająca Pracownia 241 (przy okazji zapraszam do odwiedzenia fanpage obydwu). Nie wiem, czy uda mi się wymienić wszystkich, ale naprawdę warto zwrócić uwagę na twórczość: Jacka Kłosińskiego, Domi Grzybek, Joanny Startek, Dominiki Naziębły, Alicji Saar i Małgorzaty Wójciciej czyli Herzlich Willkommen, Pauliny Matuszelańskiej, Karoliny Marczuk, Eli Chodorowskiej, Klaudii Rozwadowskiej i wielu, wielu innych, o których często można przeczytać na blogu Efekty uboczne autorstwa Kasi Zbrojkiewicz, którego lekturę serdecznie polecam.
Etykiety:
Domi Grzybek
,
Herzlich Willkommen
,
Jacek Kłosiński
,
Klaudia Rozwadowska
,
Małgorzata Czudak
,
Manufaktura
,
Michał Szulc
,
Pracownia 240
,
Pracownia 241
poniedziałek, 13 maja 2013
Heroiny u Helmuta Newtona
Jestem z powrotem, wracam z świata
majówki, chorób układu oddechowego, wizyt na pogotowiu i innych
mało sympatycznych doświadczeń. Dziś korzystając z okazji, że
moje słodkie dziecię właśnie ucina sobie drzemkę będzie o
nostalgii za przeszłością, stękaniu, że kiedyś było lepiej,
inaczej czyli fajniej i o wszystkich innych uczuciach jakie pojawiły
się w moim sercu i głowie w czasie wizyty w berlińskim Muzeum Fotografii aka Fundacji Helmuta Newtona. Nie wiem od czego by tu
zacząć aby mój arcyskomplikowany wywód miał sens, może od tego,
że codziennie oglądamy masę zdjęć, a to w internecie, a to w
gazecie, na ulicy, w metrze, w centrach handlowych, obraz zatrzymany
za pomocą aparatu otacza nas na wszystkie możliwe sposoby. Lepszy
lub gorszy, zapadający w pamięć lub wręcz przeciwnie. W
współczesną fotografię modową/reklamową etc. włożona jest
ogromna praca, godziny, jeśli nie dni i tygodnie przed komputerem,
poprawianie czyjejś urody, wygładzanie, wyszczuplanie, wyciąganie
kolorów, wyśrubowywanie kontrastu, wszelkie zabiegi mające na
celu osiągnięcie perfekcyjnego zdjęcia, które sprzeda dany
produkt, sprawi, że osoba sfotografowania wyda nam się bardziej
interesująca niż jest w rzeczywistości. Nie jestem pewna w jakich
proporcjach na sukces fotografii i jej autora składa się praca z
obiektywem, a ta którą później wykonuje w photoshopie, który
wielu określa współczesną ciemnią. Wydaje mi się, że proporcje
są zachwiane. A myśl ta przyszła mi do głowy właśnie
odwiedzając wspomniane wcześniej muzeum fotografii, gdzie na dwóch
piętrach zgromadzona została całkiem zasobna kolekcja zdjęć
australijskiego arcytalentu jakim był Newton. Siła jaka bije z
kobiecości, którą fotograf ujął na swoich obrazach zaskakuje,
łapie za serce i nie sposób zapomnieć tego wrażenia. Na wielu
stronach internetowych przeczytamy, że fotografie N. są przesycone
fetyszystyczną estetyką i mają kontrowersyjny charakter. Moim
zdaniem jest to ogromne uproszczenie, nadające całości płaski
charakter, bo przecież fotografie artysty to przede wszystkim
przepiękne ujęcie kobiecości, siły, charakteru, to ukłon w
stronę kobiet, które na większości zdjęć przedstawiane są
niczym mityczne heroiny. Oglądając zdjęcia zapominamy, że autor
współpracował z Vouge, że część z nich ma komercyjny
charakter, hipnotyzuje nas obraz pełen tajemniczego piękna,
harmonii, a jednocześnie zaczynamy za czymś tęsknić, szczególnie
oglądając ujęcia z lat 80', w których tkwi coś dziewiczego,
beztroskiego. Prezentowane nań życie pięknych, doskonałych pod
względem warunków fizycznych kobiet i mężczyzn, budzi nostalgię
za czasem, kiedy nie było jeszcze photoshopa, internetu, a retuszu
zdjęć dokonywało się ręcznie, aż chciałoby się powiedzieć
„wtedy to było życie” ;). Możemy się zacząć zastanawiać,
czy kiedyś ludzie byli doskonalsi (?) nie wymagali tylu poprawek (?)
do głowy celebrytek nie trzeba było przeklejać ciał modelek, żeby
wszystko „ładnie” wyglądało. Nie wiem jak was, ale mnie
współczesna fotografia nie porywa z taką siłą jak zdjęcia
Newtona czy Avedona. Mam wrażenie, że współcześni twórcy powoli
gromadzą się w ślepym zaułku, gdzie myśli co się stanie ze
zdjęciem „po” jego zrobieniu przesłaniają siłę wizji jaka
powinna towarzyszyć w „trakcie” powstawania ujęcia. Jest to
oczywiście moja luźna myśl, mogę się zupełnie mylić, ale i tak
po wizycie w newtonie, nie opuszcza mnie uczucie, że kiedyś było
lepiej.
i stąd http://www.heise.de/foto/bilderstrecke/bilderstrecke_1588981.html i jeszcze stąd http://www.swiatobrazu.pl/fotografia-na-swiecie-australia-cz-1-25803.html,2
Etykiety:
berlin
,
fotografia
,
helmut newton
,
helmut newton foundation
,
muzeum fotografii
,
photoshop
,
vouge
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)






























